Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgrad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgrad. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

Bałkanica trip: Czyli dzień dobry Bałkany - BELGRAD cz. II

Moi Drodzy, powracamy do Belgradu, a właściwie Beogradu czyli Białego Miasta. Przypomnę, że w pierwszej części zatrzymaliśmy się na chwili orzeźwienia ( i to dosłownie), miejscowym piwem Jeleń.  Miało to miejsce już po zobaczeniu części dzielnicy Zemun. Do pociągu relacji Belgrad-->Bar (Czarnogóra) było jeszcze kilka godzin. Nie traciliśmy więc zbytnio czasu, tylko wsiedliśmy w autobus, którym wróciliśmy, do tej części miasta, z której przyszliśmy. Wspomnę tylko, że nie było to takie proste. Dlaczego ?

Po pierwsze, z reguły na przystankach nie ma rozkładów jazdy. Czyli jak przyjedzie, to będzie, a jak nie przyjedzie, to go nie będzie. Proste ? No pewnie, że proste. Dobrze jeśli w ogóle są oznaczenia, które informuję o tym jakie linie kursują z danego przystanku.

Po drugie, ludzi poruszających się komunikacją miejską nie brakuje. Aby zmieścić się do autobusu, musieliśmy przepuścić chyba dwa, a może i trzy nam pasujące.

Po trzecie, niesprawiający już większych problemów - zakup biletów. Kupiliśmy je w kiosku, przy przystanku. Nie były to bilety papierowe, a karty wieloprzejazdowe, na które ładuje się określony bilet. I to właściwe tyle.

Kierunek Kalemegdan czyli twierdza Belgradu.



Twierdza, to jeden z najważniejszych obiektów, który trzeba odwiedzić.  Nie trudno tego miejsca nie zauważyć- charakterystyczne wieże, a także położenie twierdzy na wzgórzu. Jest ona dość dobrze widoczna.



To całkiem spory teren, na którym znajdują się antyczne pozostałości, muzeum wojska, park czy zoo. Z twierdzy rozpościerają się całkiem przyjemne widoki. Rzeka przed nami, to Sava. Dalsza, po prawej stronie krawędzi zdjęcia, to już Dunaj. A daleko, daleko II część miasta i dzielnice takie jak Ušće, Novi Beograd, a niemalże na wprost, lekko nad koronami drzew wysuwa się Zemun.


W okolicach twierdzy można spędzić naprawdę dużo czasu. To popularne miejsce wśród mieszkańców. Jeżeli będziecie kiedyś w pobliżu, to polecam pozwiedzać.
Naszą wędrówkę mieliśmy zakończyć przy Cerkwi świętego Sawy. Zanim jednak tam dotarliśmy, przeszliśmy przez deptak Knez Mihailova, o którym także wspominałem. Jest to dość elegancka ulica, gdzie znajdziemy wiele lokali gastronomicznych, usługowych czy sklepów. Mimo wszystko jednak wcale to miejsce aż tak mi się nie podobało. Godne uwagi było jednak kilka budynków.


Usytuowane przy niemałym placu, Muzeum Narodowe. Niestety, ale w remoncie. W związku z czym fasady nie było widać. 


Nie da się ukryć, że to jednak bardziej reprezentacyjna część miasta. Niektóre z budynków mogły przyprawić o zawrót głowy. W pozytywnym słowa tego znaczeniu. W kierunku Sawy, przechodziliśmy także obok Hotelu Moskwa z zielonym dachem.



Kierunek ? Właściwy :)


Ale tylko wędrówka i wędrówka. Przyszła w końcu pora na późny obiad. Pljeskavica. Co to ? To tradycyjne serbskie danie. Przygotowywane zarówno w domach (wersja zbliżona do kotletów) jak i na mieście (w wersji bardziej hamburgerowej). Podstawowy składnik, to mięso. Najczęściej baranina zmieszana jeszcze z jakimś innym rodzajem (ale można wybrać). Do wyboru także mnóstwo sosów, dodatków. Raczej nie ma obaw co do braku świeżości, ponieważ tego "idzie" tyle, że głowa mała. Poza tym jest to przygotowywane właściwie na twoich oczach. Miejsc, gdzie można zjeść takie danie jest mnóstwo. 


Skoro już mowa o jedzeniu, to jak dla mnie absolutnym fenomenem są tutejsze pekary (PEKARA) czyli nic innego jak piekarnie. Prawie wszystkie, które widziałem są czynne jak polskie monopolowe. Na okrągło, całą dobę. Różnica jednak znacząca, bo w pekarach sprzedaje się różnej maści pieczywo, a nie napoje wyskokowe. Kolejnym popularnym tu daniem jest burek. To jakby nadziewany mięsem placek, bułka. Nie, jednak bardziej placek. Jest to niezwykle tłuste i sycące. Chyba najbardziej tłuste, to jest te ciasto, a nie mięso. Pani, która mi sprzedawała burek nie żałowała porcji. Samo w sobie jest to naprawdę smaczne. Jednak mnie nie bardzo przypadło do gustu, bo nie cierpię niczego przesadnie tłustego. I po zjedzeniu połowy, po jakimś czasie nie najlepiej zacząłem się czuć. Ogólnie jednak polecam spróbować, bo warto wiedzieć co i jak smakuje. Podążajmy jednak dalej. 



Po drodze mija się miejsce, gdzie widać kopułę parlamentu. Choć wydaje się, że to blisko, to nie do końca tak jest. Mieliśmy tam zajrzeć w drodze powrotnej, ale jak to bywa plany uległy zmianie. 


Po kilkudziesięciu minutach pieszej wędrówki, dotarliśmy w końcu w okolice cerkwi. Uznaje się ją za jedną z największych budowli tego rodzaju na świecie. Wnętrze Cerkwi świętego Sawy jest nieukończone. Cały czas trwają tam prace budowlane.


Cerkiew robi fenomenalne wrażenie pod względem swojej wielkości. Człowiek czuje się naprawdę niski, gdy się przy niej stoi. 



Jak widać wnętrze jest bardzo surowe, wręcz betonowe.  


Wokół cerkwi jest spora ilość drzew, krzewów, a także miejsce na chwilowy odpoczynek - ławki, fontanna. Ogólnie rzecz biorąc jest całkiem przyjemnie. Kiedy jednak zakończy się budowa wnętrza, trudno powiedzieć. Z pewnością zajmie to lata. 

Zbliżaliśmy się już do późnego popołudnia. Był to już moment, w którym trzeba było kierować się ku miejscu noclegowego, aby stamtąd bezpośrednio dotrzeć na dworzec kolejowy. Wracaliśmy trochę szybciej, także bocznymi uliczkami. Nie zabrakło polskiego akcentu.


Wstąpiliśmy jeszcze na moment do miejscowego meczetu, jednak zdjęć wewnątrz nie można było robić. O meczetach może trochę więcej napiszę w kolejnych wpisach.


W drodze powrotnej natknęliśmy się na naprawdę wiele interesujących elementów. Choćby ten budynek. Niby stary, ale w tym słońcu i z tymi okiennicami coś w sobie miał.


Poniższa brama, to dla mnie trochę symbol wyjazdu. Może brzmi dziwnie, ale ja to w ten sposób odbieram i tak, a nie inaczej to mi się skojarzyło - człowiek w sumie przeszedł obok niej normalnie, bez zastanowienia, ale jednak zwróciła na siebie uwagę. Stara, zapuszczona, ale z drugiej strony piękna, trochę tajemnicza. Po jednej stronie średnio ciekawy Belgrad, a po drugiej niesamowite miejsca, które odwiedziłem (a widząc ją, jeszcze nie wiedziałem gdzie będę, co zobaczę).  W ten sposób zapamiętałem Bałkany. Miejscami zapuszczone, a w przeważającej większości jako miejsce piękne czy wręcz fascynujące, do którego już chcę wrócić. To brama do poznawania Bałkanów w następnych wpisach :)


Ostatnie miejsce, które tego dnia zobaczyliśmy, to oczywiście dworzec kolejowy - Glavna železnička stanica.


Tabor przypomina ten, który można spotkać w Polsce obecnie, ale też 10-15 lat temu. Choć skłamałbym, gdybym napisał, że nie ma nowych pociągów. Są, widziałem takie składy. Na zdjęciu pociąg raczej regionalny. My jechaliśmy dalekobieżnym. Wygląd wnętrza jak i wagonów identyczny wręcz do kategorii polskich pociągów TLK. Jednak tam w Serbii bardziej widać zniszczenie wyposażenia i jest bardziej brudno. Warto wspomnieć, że do składu pociągu były doczepione wagony do przewozu samochodów. Z tego co zauważyłem, to niemało aut było w ten sposób przewożonych. Taki rodzaj przewozu kosztuje 30-40 EUR w jedną stronę.


12-godzinna podróż do Baru rozpoczęła się krótko po 20:40. Wyjeżdżając z Belgradu pociąg wlókł się niemiłosiernie. Jednak z biegiem czasu jechał coraz szybciej i coraz szybciej. Jazda była całonocna z mniejszymi czy to większymi przygodami - jak to w nocnym pociągu bywa. Trochę żałowałem, że nie zobaczę tego co jest za oknami pociągu w świetle dziennym. Nie wiem czy wiecie, ale właśnie ta linia kolejowa, uznawana jest za jedną z najpiękniejszych na świecie:

- ciekawe krajobrazy;

- widoki na Jezioro Szkoderskie;

- ponad 250 tuneli;

- najdłuższy tunel ponad 6 km;

- liczne wiadukty, w tym najwyższy na świecie.

Na szczęście mogłem to wszystko podziwiać w drodze powrotnej. 

Ten pierwszy dzień na Bałkanach, w stolicy Serbii był bardzo intensywny. Przyznam, że Belgrad nie skradł mojego serca. Na razie nie czuję potrzeby, żeby tam wrócić. Myślę jednak, że za 5, 10 lat może się tam dużo zmienić i wówczas z pewnością chętnie go ponownie odwiedzę. Wkrótce kolejne wpisy. 

Czy tym razem Belgrad Wam się spodobał ? A może teraz bardziej niż w I części ? Jestem ciekawy Waszych opinii :) 

Bałkańskie wpisy: 

niedziela, 24 maja 2015

Bałkanica trip: Czyli dzień dobry Bałkany - BELGRAD cz. I

Minął już miesiąc odkąd moja przygoda z Bałkanami rozpoczęła się na dobre. Nadszedł też czas, aby w końcu oprócz "wrzucanych" od czasu do czasu zdjęć na Facebooka czy Instagrama, pokazać coś więcej. W cyklu - Bałkanica trip, pokażę Wam co zobaczyłem, jak spędziłem czas i jak zapamiętałem ten region. Przypomnę, że wyjazd na Bałkany miał związek z pewnym projektem, o którym informowałem. Sądząc po ilości odwiedzonych miejsc, wpisów trochę będzie. A zatem czas rozpocząć, od początku. Choć nie wiem czy tytuł tego wpisu nie powinien brzmieć "Dobry wieczór...", ale mniejsza o to :)

Jest godzina 20:30, samolot serbskiej linii lotniczej AirSERBIA odrywa się od pasa startowego w Warszawie, aby po 1 godzinie i 25 minutach lotu znaleźć się nad oświetloną stolicą Serbii - Belgradem. A po kolejnych 10 minutach lotu wylądować na lotnisku im. Nikola Tesli. 



Co do samego lotu właściwie nie mogę mieć zastrzeżeń. Było sprawnie, punktualnie no i cena biletu odpowiednia. No może samolot był dość leciwy, ale trudno. Zdarza się i tak. Niedługo po osiągnięciu wysokości przelotowej, każdy otrzymał poczęstunek. To miłe.


Z lotniska wydostaliśmy się tym oto autobusem komunikacji miejskiej. Kierowca tak "dawał" w gaz, że aż dymiło na zewnątrz i co gorsza wewnątrz autobusu :)


W centrum miasta byliśmy właściwie w okolicy godziny 23. Złożyło się na to oczekiwanie na bagaż, wymiana waluty i ogólne ogarnięcie co, gdzie i jak. Plan był prosty. Dotrzeć do miejsca noclegowego, pójść jeszcze do centrum, żeby zobaczyć jak wygląda nocą.


To co rzuciło nam się w oczy, to mała ilość osób szwędających się po ulicach. Samochodów i owszem trochę było. Ale ludzi było naprawdę mało. Po północy właściwie też się już nic nie działo na deptaku miejskim - Knez Mihailova ulica.  Może dlatego, że był to dzień roboczy. W każdym razie już na samym początku wizyty można było dostrzec wokół, pozostałości po bombardowaniach NATO, które miały miejsce przecież całkiem nie tak dawno.


To niejedyne miejsce i niejedyny budynek. Zdarzało się, że niektóre wyglądają jeszcze gorzej i są bardziej podziurawione. Przyznam, że gdy stoi się przy takich budowlach, to trochę daje to do myślenia. Zwłaszcza świadomość tego, że naprawdę działo się to całkiem niedawno. Jeszcze bardziej się o tym myśli kiedy dziś widzi się zdawałoby się normalnie żyjących ludzi i normalnie funkcjonującą stolicę i to całkiem dobrze ! Uważam, że stosunkowo szybko Serbowie sobie z tym poradzili. Jednak zdecydowanie należy rozgraniczyć namacalne poradzenie sobie ze skutkami bombardowań, od tego jaką żywią urazę,  jak się czują, zachowują, a przede wszystkim co jest w ich głowach. 
Jestem świadomy, że z tym mogą sobie tak szybko już nie poradzić i może to zająć lata. To naturalne. Z obserwacji wynika, iż Serbowie są raczej stonowani,  niezbyt wylewni. Choć na ogół sympatyczni. Posiadają silne poczucie swojej tożsamości, są przywiązani do swojej historii mają również wysokie mniemanie o swoim kraju w stosunku do całego regionu bałkańskiego. Jednak zaryzykuję stwierdzenie, że gdzieś w swojej dumie czują się też głęboko pokrzywdzeni. Może już wystarczy tych obserwacji.


Kolejnym punktem planu było przede wszystkim dobre wykorzystanie dnia następnego, który spędzaliśmy w Belgradzie. Tak też się stało. Poranek przyszedł dość szybko, zrobiło się ciepło, a więc nie było co tracić czasu. Mostem Brankov w poprzek rzeki Sava, zmierzaliśmy w kierunku dzielnicy Zemun przez między innymi Ušće, Novi Beograd. 



Właściwie nie miałem żadnego wyobrażenia o Belgradzie. Można czytać, oglądać, ale i tak kiedy człowiek zobaczy dane miejsce na własne oczy, to sam wyrabia sobie zdanie. A przede wszystkim te miejsce odkrywa, poznaje.


Belgrad nie jest jakąś małą czy średnią mieściną. To potężny z ponad milionem mieszkańców organizm miejski. Są części, które podobają się bardziej, a inne mniej. To trochę miasto kontrastów. Z jednej strony szare, a z drugiej kolorowe. Naprawdę doskonale oddaje to powyższe zdjęcie.
Jednym z punktów, który zaznaczony jest na mapach jest Pałac Serbia - Palata Srbije. 


Brzmi godnie, a na mapie prezentuje się dumnie. W rzeczywistości jednak średnio, a nawet może i mniej niż średnio. To przeogromny moloch. Ma się w nim mieścić kilka ministerstw. Niezwykle trudno jest objąć aparatem ten budynek w całości, ale jakoś się udało. 


Ponieważ nie byliśmy pojedynczymi osobami, a bardziej zwartą grupą, to z pewnością zwracaliśmy na siebie uwagę. Nie umknęło to uwadze policji czy też ochronie tego miejsca. Wyszedł do nas pan, który zakazał fotografowania tego miejsca. No okej... . Teren nie jest ogrodzony, ani też nie zwróciłem uwagi na jakąkolwiek informację, która miałaby zakazywać robienia zdjęć, bo zwyczajnie jej chyba nie ma - na 90%. Jeżeli ktoś z Was będzie się w tamte strony wybierać, to pamiętajcie - NIE RÓBCIE ZDJĘĆ, po prostu NO PHOTO i już ;)


W drodze na Zemun mija się różne murale, malunki.



Jednym z ostatnich budynków, przy którym przechodziliśmy był ten z poniższego zdjęcia. Dość dziwny, charakterystyczny. Od razu rzucający się w oczy z ulicy. Chciałoby się rzec "co architekt miał na myśli".


Ponieważ trafiła się możliwość przejścia czymś na kształt bulwaru przy rzece (tym razem) Dunaj stwierdziliśmy, że jeśli może to tylko skrócić drogę, to oczywiście, że tak. Spacer stosunkowo żwawy na Zemun trwał chyba ponad godzinę. Gdy spojrzymy na mapę, to jest to odległa część Belgradu. Ale jaka ładna ! Tak, w tym momencie mogę napisać, że właściwie jesteśmy w dzielnicy Zemun. 


Jak to bywa, przed laty Zemun nie był żadną częścią stolicy. Było to osobne miasteczko. Obecnie to jedna z najstarszych części miasta. Może kogoś zaciekawi, że nazwa Zemun pochodzi od ziemianek, w których to żyli pierwsi mieszkańcy tego obszaru. 


Ta dzielnica ma także swoje centrum. To plac, a właściwie targ. Ładny, kolorowy trochę kameralny. Przyznam, że o wiele bardziej podoba mi się ta część Belgradu. 



W te okolice za chwilę jeszcze powrócimy. Zrobi się na tyle gorąco, że będzie trzeba chwilę odpocząć. Zanim to nastąpi, wybraliśmy się na górę, w kierunku wzgórza Gardoš. Uliczki co najmniej urokliwe.



Nieopodal Gardoš znajduje się jeszcze mała cerkiew św. Mikołaja. 




Ze wspominanego wzgórza rozpościera się piękny widok na panoramę miasta. Warto było tu przyjść. Choć gdzieś w połowie drogi większość miała już dość. Widoki jednak wynagrodziły ten trud. 




Kierując się z powrotem na plac, spotkaliśmy po drodze grzejącego się, mocno zrelaksowanego kota Garfielda w wersji belgradzkiej. 


Napisałem wcześniej, że na plac jeszcze wrócimy. Więc wracamy. Na jedno piwo. I to nie byle jakie, bo serbskie o nazwie zacnej - Jeleń. Przyznam, że całkiem dobre. Z resztą po tylu kilometrach (dosłownie), to i najgorszy "sikacz" nie byłby pewnie zły. Byle by czegoś się napić :) To również na placu kupiłem pierwsze w tym roku truskawki. Między innymi one posłużyły za prowiant do pociągu na 12 godzinną podróż z Belgradu do Baru (Czarnogóra). 


Pora była zdecydowanie popołudniowa. Do wieczornego pociągu było jeszcze dużo czasu. W związku z tym Zemun nie jest ostatnim miejscem, które Wam pokażę. Wpis zdecydowałem się podzielić jednak na dwie części, bo nie chcę Was zrazić długością tekstu. Dlatego też Belgradu, może krótszy, ale   ciąg dalszy nastąpi ... 


Byliście już w Belgradzie, a może kojarzyliście go zupełnie inaczej ? Czy na tę chwilę miasto Wam się spodobało czy raczej nie ?

Inne bałkańskie wpisy:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Printfriendly