Moi Drodzy, powracamy do Belgradu, a właściwie Beogradu czyli Białego Miasta. Przypomnę, że w pierwszej części zatrzymaliśmy się na chwili orzeźwienia ( i to dosłownie), miejscowym piwem Jeleń. Miało to miejsce już po zobaczeniu części dzielnicy Zemun. Do pociągu relacji Belgrad-->Bar (Czarnogóra) było jeszcze kilka godzin. Nie traciliśmy więc zbytnio czasu, tylko wsiedliśmy w autobus, którym wróciliśmy, do tej części miasta, z której przyszliśmy. Wspomnę tylko, że nie było to takie proste. Dlaczego ?
Po pierwsze, z reguły na przystankach nie ma rozkładów jazdy. Czyli jak przyjedzie, to będzie, a jak nie przyjedzie, to go nie będzie. Proste ? No pewnie, że proste. Dobrze jeśli w ogóle są oznaczenia, które informuję o tym jakie linie kursują z danego przystanku.
Po drugie, ludzi poruszających się komunikacją miejską nie brakuje. Aby zmieścić się do autobusu, musieliśmy przepuścić chyba dwa, a może i trzy nam pasujące.
Po trzecie, niesprawiający już większych problemów - zakup biletów. Kupiliśmy je w kiosku, przy przystanku. Nie były to bilety papierowe, a karty wieloprzejazdowe, na które ładuje się określony bilet. I to właściwe tyle.
Kierunek Kalemegdan czyli twierdza Belgradu.
Twierdza, to jeden z najważniejszych obiektów, który trzeba odwiedzić. Nie trudno tego miejsca nie zauważyć- charakterystyczne wieże, a także położenie twierdzy na wzgórzu. Jest ona dość dobrze widoczna.
To całkiem spory teren, na którym znajdują się antyczne pozostałości, muzeum wojska, park czy zoo. Z twierdzy rozpościerają się całkiem przyjemne widoki. Rzeka przed nami, to Sava. Dalsza, po prawej stronie krawędzi zdjęcia, to już Dunaj. A daleko, daleko II część miasta i dzielnice takie jak Ušće, Novi Beograd, a niemalże na wprost, lekko nad koronami drzew wysuwa się Zemun.
W okolicach twierdzy można spędzić naprawdę dużo czasu. To popularne miejsce wśród mieszkańców. Jeżeli będziecie kiedyś w pobliżu, to polecam pozwiedzać.
Naszą wędrówkę mieliśmy zakończyć przy Cerkwi świętego Sawy. Zanim jednak tam dotarliśmy, przeszliśmy przez deptak Knez Mihailova, o którym także wspominałem. Jest to dość elegancka ulica, gdzie znajdziemy wiele lokali gastronomicznych, usługowych czy sklepów. Mimo wszystko jednak wcale to miejsce aż tak mi się nie podobało. Godne uwagi było jednak kilka budynków.
Usytuowane przy niemałym placu, Muzeum Narodowe. Niestety, ale w remoncie. W związku z czym fasady nie było widać.
Nie da się ukryć, że to jednak bardziej reprezentacyjna część miasta. Niektóre z budynków mogły przyprawić o zawrót głowy. W pozytywnym słowa tego znaczeniu. W kierunku Sawy, przechodziliśmy także obok Hotelu Moskwa z zielonym dachem.
Kierunek ? Właściwy :)
Ale tylko wędrówka i wędrówka. Przyszła w końcu pora na późny obiad. Pljeskavica. Co to ? To tradycyjne serbskie danie. Przygotowywane zarówno w domach (wersja zbliżona do kotletów) jak i na mieście (w wersji bardziej hamburgerowej). Podstawowy składnik, to mięso. Najczęściej baranina zmieszana jeszcze z jakimś innym rodzajem (ale można wybrać). Do wyboru także mnóstwo sosów, dodatków. Raczej nie ma obaw co do braku świeżości, ponieważ tego "idzie" tyle, że głowa mała. Poza tym jest to przygotowywane właściwie na twoich oczach. Miejsc, gdzie można zjeść takie danie jest mnóstwo.
Skoro już mowa o jedzeniu, to jak dla mnie absolutnym fenomenem są tutejsze pekary (PEKARA) czyli nic innego jak piekarnie. Prawie wszystkie, które widziałem są czynne jak polskie monopolowe. Na okrągło, całą dobę. Różnica jednak znacząca, bo w pekarach sprzedaje się różnej maści pieczywo, a nie napoje wyskokowe. Kolejnym popularnym tu daniem jest burek. To jakby nadziewany mięsem placek, bułka. Nie, jednak bardziej placek. Jest to niezwykle tłuste i sycące. Chyba najbardziej tłuste, to jest te ciasto, a nie mięso. Pani, która mi sprzedawała burek nie żałowała porcji. Samo w sobie jest to naprawdę smaczne. Jednak mnie nie bardzo przypadło do gustu, bo nie cierpię niczego przesadnie tłustego. I po zjedzeniu połowy, po jakimś czasie nie najlepiej zacząłem się czuć. Ogólnie jednak polecam spróbować, bo warto wiedzieć co i jak smakuje. Podążajmy jednak dalej.
Po drodze mija się miejsce, gdzie widać kopułę parlamentu. Choć wydaje się, że to blisko, to nie do końca tak jest. Mieliśmy tam zajrzeć w drodze powrotnej, ale jak to bywa plany uległy zmianie.
Po kilkudziesięciu minutach pieszej wędrówki, dotarliśmy w końcu w okolice cerkwi. Uznaje się ją za jedną z największych budowli tego rodzaju na świecie. Wnętrze Cerkwi świętego Sawy jest nieukończone. Cały czas trwają tam prace budowlane.
Cerkiew robi fenomenalne wrażenie pod względem swojej wielkości. Człowiek czuje się naprawdę niski, gdy się przy niej stoi.
Jak widać wnętrze jest bardzo surowe, wręcz betonowe.
Wokół cerkwi jest spora ilość drzew, krzewów, a także miejsce na chwilowy odpoczynek - ławki, fontanna. Ogólnie rzecz biorąc jest całkiem przyjemnie. Kiedy jednak zakończy się budowa wnętrza, trudno powiedzieć. Z pewnością zajmie to lata.
Zbliżaliśmy się już do późnego popołudnia. Był to już moment, w którym trzeba było kierować się ku miejscu noclegowego, aby stamtąd bezpośrednio dotrzeć na dworzec kolejowy. Wracaliśmy trochę szybciej, także bocznymi uliczkami. Nie zabrakło polskiego akcentu.
Wstąpiliśmy jeszcze na moment do miejscowego meczetu, jednak zdjęć wewnątrz nie można było robić. O meczetach może trochę więcej napiszę w kolejnych wpisach.
W drodze powrotnej natknęliśmy się na naprawdę wiele interesujących elementów. Choćby ten budynek. Niby stary, ale w tym słońcu i z tymi okiennicami coś w sobie miał.
Poniższa brama, to dla mnie trochę symbol wyjazdu. Może brzmi dziwnie, ale ja to w ten sposób odbieram i tak, a nie inaczej to mi się skojarzyło - człowiek w sumie przeszedł obok niej normalnie, bez zastanowienia, ale jednak zwróciła na siebie uwagę. Stara, zapuszczona, ale z drugiej strony piękna, trochę tajemnicza. Po jednej stronie średnio ciekawy Belgrad, a po drugiej niesamowite miejsca, które odwiedziłem (a widząc ją, jeszcze nie wiedziałem gdzie będę, co zobaczę). W ten sposób zapamiętałem Bałkany. Miejscami zapuszczone, a w przeważającej większości jako miejsce piękne czy wręcz fascynujące, do którego już chcę wrócić. To brama do poznawania Bałkanów w następnych wpisach :)
Ostatnie miejsce, które tego dnia zobaczyliśmy, to oczywiście dworzec kolejowy - Glavna železnička stanica.
Tabor przypomina ten, który można spotkać w Polsce obecnie, ale też 10-15 lat temu. Choć skłamałbym, gdybym napisał, że nie ma nowych pociągów. Są, widziałem takie składy. Na zdjęciu pociąg raczej regionalny. My jechaliśmy dalekobieżnym. Wygląd wnętrza jak i wagonów identyczny wręcz do kategorii polskich pociągów TLK. Jednak tam w Serbii bardziej widać zniszczenie wyposażenia i jest bardziej brudno. Warto wspomnieć, że do składu pociągu były doczepione wagony do przewozu samochodów. Z tego co zauważyłem, to niemało aut było w ten sposób przewożonych. Taki rodzaj przewozu kosztuje 30-40 EUR w jedną stronę.
12-godzinna podróż do Baru rozpoczęła się krótko po 20:40. Wyjeżdżając z Belgradu pociąg wlókł się niemiłosiernie. Jednak z biegiem czasu jechał coraz szybciej i coraz szybciej. Jazda była całonocna z mniejszymi czy to większymi przygodami - jak to w nocnym pociągu bywa. Trochę żałowałem, że nie zobaczę tego co jest za oknami pociągu w świetle dziennym. Nie wiem czy wiecie, ale właśnie ta linia kolejowa, uznawana jest za jedną z najpiękniejszych na świecie:
- ciekawe krajobrazy;
- widoki na Jezioro Szkoderskie;
- ponad 250 tuneli;
- najdłuższy tunel ponad 6 km;
- liczne wiadukty, w tym najwyższy na świecie.
Na szczęście mogłem to wszystko podziwiać w drodze powrotnej.
Ten pierwszy dzień na Bałkanach, w stolicy Serbii był bardzo intensywny. Przyznam, że Belgrad nie skradł mojego serca. Na razie nie czuję potrzeby, żeby tam wrócić. Myślę jednak, że za 5, 10 lat może się tam dużo zmienić i wówczas z pewnością chętnie go ponownie odwiedzę. Wkrótce kolejne wpisy.
Czy tym razem Belgrad Wam się spodobał ? A może teraz bardziej niż w I części ? Jestem ciekawy Waszych opinii :)
Bałkańskie wpisy:




















































