Dzisiejszy ranek spędziłam w podróży ... podróży w przeszłość: do czasu urlopu mojego życia (jak do tej pory). czyli wyprawy na Majorkę. Kiedy spojrzałam na datę wyprawy, nie wierzyłam własnym oczom, że to już 4 lata (!) trzasnęło od tamtego czasu...
O takiej podróży marzy pewnie większość, więc i ja wyjątkiem nie byłam. Chciałam zobaczyć na żywo lazur wody, doświadczyć jej ciepła i spróbować prawdziwych owoców, które nie przebyły kilometrów drogi w środkach konserwujących. Niestety, tego ostatniego nie udało się doznać, bo nie napotkaliśmy na naszej drodze żadnego targu, gdzie takie owoce można byłoby nabyć, więc jedliśmy takie z hipermarketu, a jak wiadomo - to nie to samo. Ale było wiele innych atrakcji i na relację z nich po kilku latach zapraszam dzisiaj. Przygotujcie się na kilka części. Nie chcę od razu tworzyć kilometrowego wpisu :)
Na Majorkę dotarliśmy po 22.00, było bardzo duszno i aż się nie chciało wierzyć, że bliżej jest do północy niż do południa, kiedy to do wysokich letnich temperatur jesteśmy przyzwyczajeni. Na szczęście w domu, który wynajmowaliśmy, w sypialniach mieliśmy klimatyzację. Wybawienie, jak się potem okazało.
Następnego dnia obudziłam się dosyć wcześnie i potem już tylko w półśnie bujałam się jeszcze kilka godzin - efekt wrażeń z podróży, nowego miejsca i jeszcze nieumiejętnie nastawionej klimatyzacji. Poranne wyjście na balkon można nazwać ogólnie WOW. To, co zobaczyłam, było tym, o czym marzyłam. Zobaczcie sami:
Na pierwszy dzień zaplanowaliśmy obejrzenie groty czy jaskini (jak zwał tak zwał) Cuevas del drach,czyli Caverns of the dragon. Jest tam jedno z największych na świecie podziemnych jezior z pięknie czystą wodą i niebotycznymi stalagmitami, stalaktytami i innymi takimi. Dwukilometrowy spacer odbyliśmy z rozdziawionymi buziami, z podziwu nad tym, że natura może tworzyć takie cuda. To było naprawdę niesamowite. Na koniec odbył się mini koncert na tym jeziorze. Wygaszono wszystkie światła i grota oświetlona była jedynie światłami na łódkach (było ich trzy). Na jednej z nich siedziała orkiestra (coś klawiszowego oraz smyczki różnej maści) i płynąc wygrywała piękne melodie. Doznanie estetyczne niepowtarzalne. Robienie tam zdjęć było zabronione, ale jak nie mieć pamiątki z takiego miejsca, ja się pytam, więc jak międzynarodowy przestępca - strzelałam fotki z ukrycia.
Następnie pojechaliśmy na plażę Cala Romantica – dość wąska plaża osadzona między dwoma wysokimi i skalistymi wzniesieniami. No i pierwszy raz w życiu zobaczyłam turkusową wodę – cudo, i pierwszy raz w życiu kąpałam się w słonym jak cholera morzu, które było cieplusieńkie oraz czyste tak, że widziało się stopy, będąc zanurzonym po szyję. Czułam się jak w raju.
Było taaak ciepło:
M.
Dziękuję za odwiedziny, zapraszam częściej :)



















