Dziś w cyklu "Gościnnie..." - czyli opowieści podróżnicze naszych znajomych, zapraszamy Was do Wiednia z Martą Twarowską. Przypominamy, że z Martą mogliśmy już odwiedzić Berlin.
Wybierając się w czterodniową listopadową podróż do stolicy Austrii, nastawiałam się głównie na niespieszne przechadzki po mieście, przyjemne spędzanie czasu, chłonięcie atmosfery tego wyjątkowego miasta, podziwianie wszechobecnych kamienic, a także doznania estetyczne i smakowe. Bez zbędnego pośpiechu, napiętego programu i biegania po muzeach.
Właściwie udało mi się tego dokonać, a przy tym zobaczyć najważniejsze miejsca w Wiedniu, o których można przeczytać w przewodnikach turystycznych, np. Pałac Schönbrunn, plac św. Szczepana, Kościół Wotywny, Hofburg, gmach Opery Wiedeńskiej, kamienicę Hundertwassera, a także ważne budynki położone wzdłuż Ringu. Skoro już mowa o tym znanym bulwarze, który powstał w miejscu dawnych murów miejskich, to warto wsiąść do tramwaju (najlepiej starego, iście wiedeńskiego i jakże uroczego), który kursuje wzdłuż Ringu i jeszcze raz na spokojnie spojrzeć na te obiekty z perspektywy płynnie sunącego i radośnie brzęczącego pojazdu.
Do Wiednia można dotrzeć autobusem, samolotem lub koleją. Zdecydowałam się na tę ostatnią opcję, podróż pociągiem Express InterCity trwa nieco ponad 8 godzin. W kasie warto pytać o bilety z puli za 29 euro (płatność w złotówkach, ok. 120 zł), regularna cena biletu w jedną stronę na trasie Warszawa – Wiedeń to 39 euro.
Miasto dzieli się na 23 dzielnice (Bezirke). Ich nazwom odpowiadają numery od 1 (centrum) do 23. Jednakże większy numer wcale nie musi oznaczać dalszego położenia Bezirku od centrum, ponieważ układają się one tak, że kolejne numery okalają dzielnicę z numerem 1. Co ciekawe numery Bezirków widnieją na tabliczkach z nazwami ulic i placów, a na co dzień do określania dzielnicy wiedeńczycy częściej posługują się numerami niż ich nazwami.
Wszechstronność Wiednia zadowoli nawet najbardziej wybredne gusta – od melomanów przez pasjonatów historii, sztuki czy literatury aż po miłośników naddunajskich przysmaków. Koniecznie trzeba tu spróbować sznycla po wiedeńsku, często serwowanego z sałatką ziemniaczaną, mocno czekoladowego tortu Sachera, a także jednej z wielu typowo wiedeńskich kaw – Wiener Melange.
Odwiedzając niemieckojęzyczne miasta zawsze warto wybrać się na pchli targ, gdzie wśród staroci wygrzebanych z głębin szaf i strychów można trafić na prawdziwe perełki, od porcelanowych ozdób po wyjątkowe książki, a wszystko to za niewielkie pieniądze.
Żałuję jedynie, że nie zdołałam odwiedzić żadnego jarmarku bożonarodzeniowego, które otwierają się tu już w połowie listopada. Udało mi się jedynie zobaczyć przygotowania przy Ratuszu, ustawianie straganów, rozwieszanie pierwszych mieniących się ozdób świątecznych. A wszystko to wciąż w blasku listopadowego słońca i jesiennych liści na drzewach.
Kto zna niemiecki, ten wpadnie w zachwyt nad wyjątkowym brzmieniem austriackiej odmiany języka niemieckiego, która nieco różni się od tej standardowej głównie wymową i słownictwem. Niech nikogo nie zdziwi, że tutaj ziemniak to Erdapfel, śmietana to Schlagobers, Jänner oznacza styczeń (niem. Januar), a zamiast typowo niemieckiego ein bisschen (trochę) mówi się ein bissl. Poza tym wiele słów zawiera końcówkę -rl, np. Sackerl (woreczek, torebka), Kipferl (rogalik), Pickerl (naklejka).
To miasto łączy w sobie rozmach metropolii z przytulną inspirującą atmosferą. Oczarowuje przyjemną dla oka zabudową zdominowaną przez kamienice, dzwoneczkami i brzęczykami w tramwajach i w metrze, a także życzliwym uśmiechem wiedeńczyków na każdym kroku.
Marta Twarowska





















