Europa


Polignano a Mare, pociągiem z Bari

Powracamy do Polignano a Mare. W poprzednim wpisie pokazywałem Wam malownicze widoki z tego miejsca, a w tym będziecie mogli zobaczyć jak mniej więcej wygląda samo miasto. 
Polignano a Mare nie wydaje się duże, a koncentracja centrum dodatkowo wzmaga to uczucie. Zamieszkiwane jest przez trochę ponad 17 tysięcy ludzi. Odległość (kolejowa) od Bari to tylko 33 kilometry, zatem naprawdę niedaleko. 

dworzec kolejowy Polignano a Mare
Po około 25 minutach jazdy pociągiem Trenitalia z Bari Centrale docieramy do Polignano a Mare.



Koszt biletu w jedną stronę, na osobę to 2,5 EUR. Nie jest to kwota rujnująca wyjazdowy budżet. Bilety zostały zakupione w biletomatach, sprawnie i bez żadnych problemów - nieco odmiennie niż te, które kupowałem z Mediolanu do Como, podczas pierwszej wizyty we Włoszech.




Po opuszczeniu terenu dworca, jako pierwsza w oczy rzuciła się mapa. Chwila na zorientowanie się gdzie aktualnie się przebywa, jak daleko się jest od miejsc, które warto zobaczyć i decyzja, w którym kierunku należy podążać. Muszę przyznać, że stosunkowo niewiele informacji o Polignano a Mare mogłem znaleźć, dlatego też poniższa mapa jak najbardziej była pomocna. Pozwoliła przynajmniej na jako taką orientację w terenie.


Niemalże dla większości miasta charakterystyczne są dość wąskie uliczki jak na zdjęciach poniżej. I jeszcze ta mnogość znaków zakazu wjazdu... ;) Ma to związek przede wszystkim z tym, że spora ilość ulic jest jednokierunkowa. 





Przechodzimy w  tej chwili przez bramę do wydaje się - głównej części miasta, na Plac Vittorio Emanuele II, pierwszego króla zjednoczonych Włoch.


Plac nie wydaje się duży. Wokół niego znajduje się kilka lokali oferujących włoską kuchnię, sklepy z pamiątkami, a po lewej stronie znajduje się Katedra Santa Maria Assunta, do której wnętrza za chwilę się przenosimy. 




Jak już wcześniej zaznaczałem, naprawdę mało informacji byłem w stanie znaleźć o samym Polignano a Mare, nie wspominając już o konkretnych miejscach. Nie inaczej jest w przypadku katedry. Nawet w jej wnętrzu trudno było o jakieś informacje. Dlatego też nie pozostaje nic innego jak po prostu obejrzenie zdjęć. 



Na próżno szukać w tym miejscu przepychu, bogatych zdobień, które przyprawiłyby o zawrót głowy jak np. w Konkatedrze św. Jana na Malcie. Wszystko wydaje się być wyważone, ozdobione z gustem i pewnym nieprzesadnym smakiem. 




Będąc wewnątrz, warto zwrócić wzrok ku górze, na sufit. Jest on pokryty w całości malowidłami. Co stanowi swego rodzaju kontrast z raczej pustymi, białymi ścianami dookoła. 


W tej miejscowości nie brakuje placów. Jest ich naprawdę sporo. Tu plac i tam plac. Oczywiście nie przy wszystkich byłem, ani też nie wszystkie fotografowałem. Poniżej chyba jeden z większych Piazza Aldo Moro.





Pora wybrać się w kierunku nabrzeża. Jak bowiem pewnie większość z Was wie z poprzedniego wpisu, do Polignano a Mare przyjeżdża się przede wszystkim po widoki. Schodząc w dół, kierując się ku morzu, wyrasta przed nami pomnik włoskiego piosenkarza Domenico Modugno, który był dwukrotnym laureatem nagrody Grammy za utwór kojarzony chyba przez prawie wszystkich Nel blu dipinto di blu - popularne Volare. Czy już Wam brzmi w głowach ta piosenka :) ?


Po zejściu ze schodów, znajdujących się za pomnikiem, otwiera się dość szeroka perspektywa, pora na widoki. Część z nich może już dla Was wyglądać znajomo.



Poniżej Ponte di Polignano - Most Polignano widziany z dwóch perspektyw. 


To już ujęcie z samego mostu. 


Jak można zauważyć wybrzeże jest skaliste. W momencie uderzania silnych fal o brzeg, pewnie wygląda to efektownie. 




Po paru ładnych godzinach szwendania się po Polignano, nadeszła długo wyczekiwana chwila wytchnienia, połączona z jedzeniem.  


Ceny posiłków na Piazza Vittorio Emanuele II prezentują się następująco. 



Polignano a Mare to dobra opcja na kilkugodzinny czy też całodniowy wypad. Miasto ma specyficzny klimat chyba też dzięki temu, że nie jest duże. Daleko mu do takich miast jak np. Bari czy Brindisi. Atmosfera jest zupełnie inna, spokojniejsza. Oprócz tego Polignano a Mare oferuje takie widoki, których na próżno szukać w Bari. Jeśli będziecie w Bari lub okolicy, zastanówcie się czy nie warto przeznaczyć kilku godzin na odwiedzenie tego miejsca.
Czy spodobało się Wam Polignano a Mare ? Lubicie tego typu miasta ? Może ktoś z Was je odwiedzał ? 




poniedziałek, 21 listopada 2016


Polignano a Mare. Widoki.

Kilkudniowy wypad do Włoch, drugi w moim życiu (pierwszy znajdziecie tu) minął mi bardzo szybko. Z kolei dziś uświadomiłem sobie, że to już niemal dwa tygodnie od mojej ostatniej podróży. Mam wrażenie jakby te dwa tygodnie minęły mi jeszcze szybciej niż sam wyjazd. Trochę to smutna konstatacja, ale niestety w zupełności prawdziwa. Dlatego też to najwyższa pora, abym zaczął prezentować na blogu te miejsca, które miałem okazję odwiedzić.

W tym wpisie zapraszam Was do Polignano a Mare, miejscowości oddalonej o nieco ponad 30 km od centrum Bari. To właśnie tam spędziłem jeden, w zasadzie cały dzień. O szczegółach takich jak dojazd czy informacje o mieście, będziecie mogli przeczytać w kolejnych postach. Tymczasem chciałbym Wam pokazać malownicze widoki, które można podziwiać podczas pobytu w Polignano a Mare. Zapraszam do oglądania. 




Jak widać, początkowo dzień był dość pochmurny, jednak nie wiadomo kiedy, nagle zrobiło się bardzo ciepło, słońce zaczęło wyglądać zza chmur. Dzięki temu wszystko dookoła nabrało zupełnie innych kolorów. W szczególności mam na myśli wodę, skały i niebo. 



Jeśli chodzi o mnie to mógłbym stać godzinami wpatrując się w morze, w rozbijające się fale o skały. 





Będąc w tym miejscu i stąpając momentami po skalistym wybrzeżu, miałem nieodparte wrażenie, że jestem np. w Szkocji, Irlandii, (choć tak naprawdę nie miałem jeszcze okazji odwiedzać ani jednego, ani drugiego kraju), a wszystko przez soczystą zieleń na skałach. Stąd moje skojarzenie może mniej niż bardziej trafne.



Z tego co mi wiadomo do Polignano a Mare głównie przyjeżdża się po to, co właśnie zobaczyliście - po widoki. Nie ukrywam, że rzeczywiście jest to malowniczo położone miasto i widoki, które zapewnia wywarły na mnie niemałe wrażenie. 

Na koniec, zostawiam Wam jeszcze kilka ujęć, a wkrótce kolejne wpisy i... podróże.




O pierwszym wyjeździe do Włoch, podczas którego odwiedziłem Como, Mediolan mogliście przeczytać w następujących wpisach: 





poniedziałek, 31 października 2016

Leonidas-belgijskie czekoladowe przyjemności


Pora na kolejną podróż. Tym razem jednak nieco inną niż zwykle, bo obieramy kierunek na słodkości, belgijskie słodkości, a dokładnie chodzi o belgijską czekoladę, praliny. Zatem jeżeli ktoś z Was lubi czekoladę, a może nawet jest jej fanem to zachęcam do pozostania w tym momencie na blogu :)


Leonidas to belgijska firma produkująca praliny od 1913 roku. Nazwa jak można się domyślić związana jest z jej założycielem - Leonidasem Kestekidesem, który to, co ciekawe z pochodzenia był Grekiem. W Leonidasie przede wszystkim można kupić praliny - czyli czekoladki, których to wnętrze skrywa nadzienie pod różną postacią np. masa kremowa, orzechowa, kawowa i inne. Oprócz tego zwykłą czekoladę, ciastka i marcepany. Dziś Leonidas to ponad 1200 sklepów na świecie, w nieco ponad 40 państwach. Z czego w samej Belgii ok. 350, a we Francji ok. 340. Uprzedzając ewentualne pytania dotyczące tego, czy w Polsce znajduje się Leonidas, odpowiadam - nie. To jednak nie oznacza, że nie można kupić belgijskich wyrobów w Polsce. Istnieją sklepy internetowe, w których jest to możliwe.
zdjęcie z grudnia 2014 r. 
Markę Leonidas poznałem podczas pierwszej podróży do Brukseli. Trudno było nie zauważyć licznych, charakterystycznych granatowych szyldów w niemalże całym mieście jak również nabrukselskich lotniskach. Równie popularna i starsza marka to Neuhaus. Co ciekawe, na pokładach samolotów linii Brussels Airlines można kupić tylko wyroby Neuhaus. Przyznam jednak szczerze, że o wiele bardziej przypadły mi do gustu te Leonidasa. 


Sklepy zarówno jednej jak i drugiej firmy wyglądają bardzo elegancko. A zwłaszcza w okresieświątecznym ich witryny naprawdę cieszą oko. Istnieje szeroki wybór pralin. Czarna, mleczna, biała czekolada, różne nadzienia, kształty, różne możliwości pakowania. Jednak najważniejszy w tym wszystkim jest smak.

zdjęcie z grudnia 2014 r.
Będąc w Brukseli, nie odmawiam sobie przyjemności zakupu pudełka czekoladek, zdarza się, że przy okazji obdarowuję również rodzinę, znajomych. Mój wybór to niemal zawsze pudełko 500 gramowe (są również mniejsze i większe), mix. To znaczy, że wskazuję obsłudze wielkość opakowania oraz proszę o jego zapełnienie różnymi czekoladkami. Z zastrzeżeniem, że bez alkoholu i bez białej czekolady. Akurat w poniższym opakowaniu znalazła się biała czekoladka, ale na szczęście była jedyna. 


Według mnie najsmaczniejsze praliny to te z kremem orzechowym. Są naprawdę pyszne. Choć przyznam, że pozostałe też są niczego sobie :) Czekoladki są układane warstwami, oddzielane papierem.


Do każdego opakowania dołączona jest duża karta, która przedstawia każdą z pralin. Dzięki niej można się dowiedzieć z jakiej czekolady są zrobione oraz jaki skrywają smak.


Czekoladki w opakowaniu, które możecie zobaczyć na powyższych zdjęciach, były kupowane podczas mojego letniego pobytu w Brukseli, kilka miesięcy temu. Temperatura była iście letnia, a więc pojawił się problem - czy czekoladki przeżyją. Przeżyły. Między innymi dzięki nieodpłatnemu opakowaniu termicznemu, do którego zostały spakowane dwa pudełka pralin. Opakowanie choć raczej jednorazowe to zdało egzamin i muszę przyznać, że Leonidas zaimponował mi tym, że dba o swoich klientów. 



W ten sposób praliny dotarły do Polski i cieszyły podniebienia. Nie jestem znawcą, ani też szczególnym smakoszem czekolady. Słysząc belgijska, szwajcarska czekolada myślałem, że w zasadzie to tylko takie gadanie, a czekolada jak czekolada. Jednakże po wizycie w Belgii przekonałem się, że belgijska czekolada jak zresztą i szwajcarska to jednak coś, a nie nic. Jeśli będziecie odwiedzać Belgię to spróbujcie belgijskiej czekolady, moim zdaniem warto. 

Lubicie czekoladę ? Czy raczej możecie się bez niej obyć ? Może ktoś z Was próbował belgijską czekoladę i zna praliny firmy Leonidas ?

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Palais Royal de Bruxelles czyli Pałac Królewski w Brukseli


Jak pisałem w poprzednim wpisie, wizyta w Brukseli była związana głównie z 20. Dywanem kwiatowym. Trochę zawiedzeni tym, że kolejka na balkon ratuszowy w celu oglądania dywanu z wysokości, była tak długa, musieliśmy podjąć decyzję - albo czekamy w tej długiej kolejce wijącej się jak muszla ślimaka lub ruszamy w nowe miejsca na brukselskiej mapie. Wygrała opcja druga. Gdzie idziemy? Co zobaczymy?

zdjęcie z 2014 roku
Nowy cel - Pałac Królewski w Brukseli. Chwila namysłu. To nasz trzeci pobyt w stolicy Belgii, ale jeszcze ani razu nie byliśmy w tak ważnym miejscu. I co my właściwie wiemy o monarchii w Belgii. Wiemy, że jest i to tyle. Aha jeszcze to, że w trakcie naszego 1 pobytu zmarła królowa Fabiola. W sumie to aż zaskakujące, że tak mało słyszy się o rodzinach monarszych z krajów europejskich. Oczywiście jest dużo informacji w mediach o Windsorach, ale co z innymi królami i królowymi i ich rodzinami. Ten swoisty brak zainteresowania z naszej strony na temat króla i królowej z Brukseli przyrzekliśmy sobie nadrobić.  W tych okolicznościach zwiedzanie Pałacu Królewskiego w Brukseli było strzałem w dziesiątkę.


Budynek pałacu był mijany przez nas wielokrotnie. Niskie ogrodzenie sprawia wrażanie dostępności pałacu dla każdego wprost z ulicy. Bramy za każdym razem były zamknięte. Dziwił nas fakt, dlaczego nie widać nigdzie kolejki turystów, oczekujących na zwiedzanie pałacu. Jak się dowiedzieliśmy pałac otwarty jest dla zwiedzających tylko w określonym czasie: 21 lipca - 04 września. Po raz pierwszy pałac udostępniono do zwiedzania w 1965r. 21 lipca to święto państwowe, upamiętniające pierwszą koronację króla Belgów, Leopolda I. Dobrą wiadomością jest to, że wejście we wspomnianym okresie jest darmowe. Pałac stanowi oficjalną rezydencję króla oraz jego oficjalne biuro. Odbywają się w nim różne ceremonie państwowe etc. Co do naszych oczekiwań przed zwiedzaniem, nie mieliśmy żadnych. Nigdy nie słyszeliśmy o skarbach tego pałacu. Szybkie dotarcie przed pałac z Grand Place, krótkie oczekiwanie na kontrolę bezpieczeństwa, rzut oka na maszt - brak flagi oznacza, że króla nie ma w kraju i już zaczynamy wizytę w tym obiekcie.


Zanim przejdziemy do samego pałacu warto napisać trochę o rodzinie królewskiej. Fakt, że sama Belgia jako niezależne państwo powstała dopiero w 1830 roku, sprawia, że monarchia belgijska jest monarchią bardzo młodą jak na standardy państw Europy, w których monarchie są czy też były. Jednakże belgijska rodzina królewska posiada w swej krótkiej historii bardzo wiele ciekawych życiorysów. Obecny król Filip I Koburg, jest już 7 królem Belgów. Nie ma tytułu - król Belgii, jedyny dopuszczalny tytuł to król Belgów. Jego żoną jest królowa Matylda. Posiadają 4 dzieci. Filip I objął tron 21 lipca 2013 roku. Zmiana na tronie dokonała się w następstwie abdykacji jego ojca - króla Alberta II Koburga. Warto zajrzeć na oficjalną stronę internetową monarchii:https://www.monarchie.be/en#home. Można na niej znaleźć wiele interesujących informacji.

Zwiedzanie pałacu zaczyna się jak już napisałem wcześniej od krótkiej kontroli bezpieczeństwa. Następnie należy się kierować w stronę Uroczystego przedsionka. Znajdziemy w nim chociażby portret Leopolda I, pędzla Willem’a Geefs’a. Na lewo, usytuowana jest bezpłatna szatnia - obowiązkowe pozostawienie plecaków, dużych toreb, okryć wierzchnich. Warto pamiętać o niezagubieniu numerka. Na prawo jest zejście do pałacowego sklepiku - można tam nabyć pocztówki, albumy poświęcone wnętrzom pałacowym itp. Na wprost nas znajduje się Wielka klatka schodowa. Nad schodami dominuje marmurowa statua Minerwy jako alegorii pokoju. Wykonał ją belgijski rzeźbiarz Charles Auguste Fraikin (1817-1893). Schody rozchodzą się symetrycznie na boki. Wyznaczają kierunek zwiedzania oraz wyjścia.




Ogólnie Wielka klatka schodowa oraz Uroczysty przedsionek, sprawiają wrażenie harmonijnych i uporządkowanych. Otaczający nas biały marmur przekuty w stopnie schodów oraz kolumny, rzeźby i portrety królów oraz królowych w Przedsionku zdają się zapraszać do poznania ich miejsca pracy.



Pokój imperialny.
Usytuowany w najstarszej części pałacu. W okresie austriackiego przedstawiciela cesarza była to sala balowa. Wystrój reprezentuje późny styl Ancien Regime. Przy szczególnych okazjach umieszczany tu jest Kirman. Jest to dywan, który w podarku przywiózł Leopoldowi II Szach Persji. Dywanowi nie służy światło dzienne, dlatego też nie można go oglądać zbyt często. Obecnie Pokój imperialny służy między innymi do ceremonii składania listów uwierzytelniających królowi przez ambasadorów państw.


Zwiedzając zamki czy też pałace w Polsce czy też zagranicą pewnie bardzo często trafialiście do wnętrz, które już w swej nazwie wskazywały co w nich można obejrzeć. Tak samo jest i w brukselskiej siedzibie króla.
Schody weneckie.

Wewnętrzna klatka schodowa, której nazwa bierze się od obrazów, które ozdabiają jej ściany. Przedstawiają one znane widoki z Wenecji. Autorem obrazów jest Jean-Baptiste van Moer (1819-1884). 



Pokój Koburgów.
Znajdziemy tu portrety króla Leopolda I oraz jego krewnych w tym portrety jego rodziców, teściów jego żony oraz innych członków rodziny królewskiej. Sala ta przeszła renowację pod okiem Federico Forqueta, którego zadaniem było przywrócenie jak najwierniejszego wyglądu pokoju z XIX wieku.  



Pokój Marszałka.
Znajdziemy tu między innymi biurko, przy którym uczył się król Albert I. Niezwykły jest również zegar, który stoi pod oknem. Zegar oprócz godziny wskazuje datę - dzień, miesiąc, znaki zodiaku. Został wykonany przez Louis’a Zimmer’a (1888-1970), znanego zegarmistrza oraz astronoma z Lier.


Najbardziej imponujące pomieszczenie to Sala tronowa. Bez wątpienia jej wystrój oddaje królewskość oraz prestiż monarchii Belgów.



Jedną z najładniejszych moim zdaniem sal jest Długa galeria. Przechodząc przez nią zalecam patrzeć na sufit. Oczywiście również tutaj znajdziemy imponujące żyrandole. Główną ozdobę stanowią malowidła sufitowe. Wykonał je Charles- Leon Cardon. Przedstawił on różne pory dnia poczynając od świtu a na zmierzchu kończąc. W trakcie naszego zwiedzania usytuowana tu była wystawa z pracami królowej Elżbiety - rzeźby, obrazy, fotografie oraz dzieła artystów z jej prywatnej kolekcji. Nagromadzenie zwiedzających „brodzących” pomiędzy eksponowanymi dziełami, sprawiło że sala wydawała się mniejsza niż jest w rzeczywistości. Wykorzystywana jest w organizacji przyjęć oraz ważnych ceremonii, w których udział bierze większa ilość osób.




Najbardziej zaskakujący był wystrój Sieni Lustrzanej. Leopold II chciał stworzyć tutaj salę poświęconą Kongu, które było jego prywatną kolonią. Zapewniło ono bogactwo jego własnej osobie oraz państwu. Właśnie z Konga sprowadzano kakao, które pozwoliło na rozwój wielu znanych do dzisiaj firm produkujących czekolady, praliny. Śmierć króla przerwała prace nad wnętrzem. Nowy król Albert I z konieczności oszczędności nie dokończył Sali tak jak wymarzył sobie to jego poprzednik. Nowego ducha tchnął swymi pracami w Sień Lustrzaną Jan Fabre. Przyozdobił on sufit oraz żyrandol małymi błyszczącymi ,,kamykami”. Praca nosi tytuł Heaven of Delight. Użyte zielone kamyki, mają przywodzić na myśl skrzydła chrząszcza.


We wpisie nie przedstawiliśmy wszystkich oglądanych pomieszczeń. Byłby on po prostu zbyt długi. W przygotowywanym stosunkowo krótkim opisie pomocna była książka The Royal Palace in Brusselswydawnictwa BAI.

Na samo zakończenie jeszcze kilka zdjęć.

Pokój Goya
Pokój Pilaster
Mapy Belgii i Konga odpowiednio z 1880r. i 1885r.
Order Leopolda
Brama pałacu widziana z okna

Lubicie odwiedzać pałace, zamki ? Spodobał się Wam Pałac Królewski w Brukseli, a może ktoś z Was miał już okazję go zwiedzać ?


O stolicy Belgii mogliście już przeczytać w następujących wpisach:






wtorek, 16 sierpnia 2016

20. Dywan kwiatowy w Brukseli / 20ᵗʰ Flower Carpet in Brussels


Drugi tegoroczny wyjazd do Brukseli, a trzeci w ogóle, nie był przypadkowy. Wszystko za sprawą dywanu kwiatowego, który odbywał się w stolicy Belgii w dniach 12-15 sierpnia. Była to już 20 edycja tego niewątpliwie efektownego wydarzenia. 


Kwiatowy dywan w Brukseli to chyba już tradycja. Jest on układany regularnie co 2 lata od 1986 roku. Z kolei po raz pierwszy można było go podziwiać w 1971 roku. Całe wydarzenie ma miejsce oczywiście w miejscu centralnym dla tego miasta czyli na Grand Place - Wielkim Placu, a w wielu miejscach Brukseli informowały o tym wydarzeniu specjalne plakaty i broszury. 



Jak już wspomniałem w tym roku była to okrągła rocznica, gdyż dywan z kwiatów został ułożony już po raz 20. Długi na 75 metrów, szeroki na 24 metry dywan, został ułożony z ponad 600,000 kwiatów - głównie begonii i chryzantem. Każdy z poprzednich miał jakiś temat/motyw przewodni. Nie inaczej było także w tym roku. 



Piękne, przeplatające się wzory nawiązywały w tym roku do Japonii, a dokładnie miały uczcić 150-lecie nawiązania stosunków belgijsko-japońskich lub jak kto woli - przyjaźni belgijsko-japońskiej. 



Dywan został ułożony przez ponad 100 wolontariuszy w czasie zaledwie 4 godzin. Efekt ich misternej pracy można było również podziwiać z wysokości, a mianowicie z balkonu Ratusza. Na zdjęciu poniżej widać tłumy przed wejściem do Ratusza oraz osoby na balkonie. 


Nie ukrywam, że i ja chciałem się na nim znaleźć. Problem polegał jednak na tym, że wejście na balkon był możliwy w ściśle określonych godzinach i niestety, ale jak można było się domyślić - był poprzedzony długim oczekiwaniem w jeszcze dłuższej kolejce. Niezależnie od tego, kiedy byłem na Grand Place, kolejka była non-stop. Zatem stwierdziłem, że daruję sobie wejście na balkon, co w sumie się opłaciło. Dlatego, że dzięki temu miałem okazję odkryć kilka miejsc, w których dotąd jeszcze nie byłem. Tymczasem wracamy podziwiać dywan z niemal każdej strony. 






Niektórzy pomimo tego, że mieli dywan niemal na wyciągnięcie ręki to chyba próbowali go jeszcze dotknąć :)

Jeśli chodzi o 20. Dywan kwiatowy w Brukseli to byłoby na tyle. Kolejny prawdopodobnie już za 2 lata czyli w 2018 roku. A jeśli chodzi o mnie to mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że spełniło się jedno z moich małych marzeń - chciałem na własne oczy zobaczyć ten dywan, wziąć udział w tym wydarzeniu i się udało, z czego niezmiernie się cieszę. A teraz trzeba realizować kolejne marzenia :)

Słyszeliście o kwiatowych dywanach w Brukseli ? Spodobał się Wam ten ? Może ktoś z Was miał okazję odwiedzać Brukselę w czasie tego wydarzenia ? 


O stolicy Belgii mogliście już przeczytać w następujących wpisach:






wtorek, 29 marca 2016

Malta. Co i za ile można zjeść ?


Kolejny maltański wpis przed Wami. Tym razem jednak w nieco innym wydaniu, bo kulinarnym. Będąc w podróży czy to bliższej czy to dalszej, chyba każdemu z nas udaje się spróbować wielu dań kuchni lokalnej i nie tylko. Jak to jest w przypadku Malty ? Co można zjeść, a co jest uznawane za danie narodowe ? Odpowiedzi między innymi na te pytania znajdziecie poniżej.

1. Przekąski 

Na Malcie bardzo popularne są przekąski w postaci między innymi takich bułeczek, które możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. Bogactwo rodzajów jest duże. Farsz z zielonego groszku (jak w tym przypadku), ze szpinaku, sera i kurczaka, samego sera, mielonego mięsa i jeszcze wiele innych. Dostępne niemalże na każdym kroku. Piekarnie, kioski i oczywiście kawiarnie czy restauracje - tam można je kupić. Koszt 0,80-2,5€.



2. Kanapka z tuńczykiem 

Porcja dość spora - dwie bułki/kanapki z tuńczykiem, frytki i sałata. Tym zdecydowanie można się najeść. Koszt 7,5€.


3. Maltańskie słodkości 

Jeśli dobrze pamiętam to próbowaliśmy w zasadzie tylko tych dwóch deserów. Nie za dużo. Wydają się one dość specyficzne. Twarde ciasto i bardzo słodkie - zarówno w jednym jak i w drugim przypadku. Spróbować oczywiście warto, ale "na kolana" nie powalają. Koszt 3,5-6,5€.




Teraz pokażę kilka dań, które nie są typowo maltańskie, bo można je zjeść prawie wszędzie.  

4. Przekąski

Przed daniem głównym czasem ma się ochotę na jakąś przekąskę. W tym przypadku były to grzanki z serem i czosnkiem, które lubię. Koszt 3,5€. 


Choć figuruje to jako przekąska to może okazać się, że w pełni się nią najemy i zrezygnujemy z zamówienia kolejnego dania. Ośmiornica z czosnkiem w sosie winnym. Koszt 7,5€. 


4. Pizza 

Pizzę miałem okazję jeść dwukrotnie. Zarówno jedna jak i druga była naprawdę bardzo dobra. Okazało się jednak, że porcja jest tak duża, że w zupełności wystarcza jedna pizza na dwie osoby. Dlatego też za drugim razem podzieliliśmy się nią po połowie. Koszt 7,5€.


5. Makarony 

Lubię spaghetti bolognese. Dlatego też za którymś razem zdecydowałem się właśnie na nie. Było dobre. porcja ponownie - jak w przypadku pizzy była dość duża, w zupełności wystarczająca. Koszt 8,5€.


6. Burger z kurczakiem 

Krążki cebuli, frytki, sos majonezowy, surówka i oczywiście burger - w tym przypadku z kurczakiem. Koszt 10,5€.


Na sam koniec postanowiłem zostawić to, co być może powinienem umieścić na pozycji nr 1. Ale za to poświęcę temu najwięcej uwagi. Chyba za najważniejsze, ale też i najpopularniejsze maltańskie danie uznawany jest - królik. Maltański królik czy też królik po maltańsku. Jest takie miejsce wValletcie, o którym podobno sam Jamie Oliver, znany kucharz miał powiedzieć "The best rabbit in Malta" - tłum. najlepszy królik na Malcie. 


Tak, to tu. Zatem jeśli będziecie w Valletcie to na "tego" królika możecie udać się w to miejsce :)


Przyznam, że było za wcześnie na to, aby zdecydować się na zjedzenie królika. Dlatego też nie wiem jak on smakuje w tym lokalu. Na królika przyszła w końcu pora, ale wieczorem i w tym miejscu, w którym zdarzało nam się już jadać. 

7. Królik po maltańsku 

Królik okazał się wyśmienitym daniem. Delikatne, pyszne mięso w sosie winnym z ziołami i świeże, podduszone warzywa. Do tego wszystkiego idealnie komponowało się wino. Choć polecane jest czerwone, ale w tym przypadku stwierdziliśmy, że może być dla nas po prostu za ciężkie więc na siłę nie było sensu się na nie decydować. Było to najdroższe danie, które zjedliśmy na Malcie i jednocześnie największe. Porcja była naprawdę spora. Koszt 15€. 


Jeśli będziecie na Malcie to serdecznie polecam spróbowanie tego dania narodowego. Moim zdaniem warto.

Na koniec informacyjnie - kilka zdjęć menu wraz z cenami. Aby zobaczyć w powiększeniu, należy kliknąć na zdjęcie. 






Karta win


Czy któreś z prezentowanych dań przypadło Wam do gustu ? Chcielibyście je spróbować, a może wręcz odwrotnie ? Może macie jakieś doświadczenia z maltańską kuchnią ?

Z maltańskich wpisów mogliście już przeczytać: 




Podobne wpisy: 

niedziela, 20 marca 2016

Rejs na Gozo - Gozo Channel Line


W poprzednim maltańskim wpisie mogliście zobaczyć stolicę Malty - Vallettę, do której i tak z pewnością jeszcze Was zabiorę. Cieszę się, że także Wam przypadła ona do gustu, a może nawet trafiła na listę miejsc, które chcielibyście zobaczyć. W tym wpisie nadal pozostajemy w klimatach maltańskich, ale nieco bardziej morskich. Zapraszam na krótki rejs promem Gozo Channel Line na wyspę Gozo. 


Wybierając się na Maltę, już wcześniej myślałem o tym, aby jeden dzień przeznaczyć na popłynięcie i zobaczenie sąsiedniej wyspy - Gozo. Byłem ciekaw czy po kilkunastu latach od mojej pierwszej wizyty nadal pływają takie promy, które zapamiętałem oraz co i jak bardzo się zmieniło. Po dotarciu do portu Cirkkewa skąd to mieliśmy popłynąć na Gozo i zobaczeniu tego promu pomyślałem sobie w duchu, że tak - te kilkanaście lat temu płynąłem podobnym, takim samym promem. Fajnie było tak sobie powspominać.



Promami Gozo Channel Line podróżują zarówno pasażerowie jak i ciężarówki, samochody, motocykle. Niech Was zatem nie zdziwi uniesiony dziób oraz to, że przed bramą portu może ustawiać się "sznurek" aut. 


Wejście na prom jak i zejście z niego również może się odbywać przez dziób lub też przez rękaw. 


Informacje praktyczne

Promy kursują w ciągu dnia średnio co 30-45 minut. W godzinach późniejszych co godzinę, półtorej. W nocy co 2-3 godziny. Aktualny rozkład oraz inne informacje można znaleźć na tej stronie. Prom płynie nie dłużej niż 40 minut (liczę od wypłynięcia z portu). Jeśli chodzi o cenę standardowego biletu to wynosi ona 4,65 €. Podana cena dotyczy takiego biletu, który widzicie poniżej - tam i z powrotem.


Uwaga ! Bilet kupuję się dopiero na Gozo, w kasie portu. Oznacza to, że wsiadając na prom na Malcie, nie musimy mieć absolutnie żadnego biletu. W celu uniknięcia ewentualnych kolejek, długiego oczekiwania, moim zdaniem warto kupić bilet od razu po przybyciu na Gozo, a potem niczym się nie przejmować. Bilet ma bardzo długą datę ważności i nie jest na określony kurs - jak widać mój był ważny do lutego 2017 r. 



Jesteśmy już na promie ? To dobrze, czas wyruszać i trochę się porozglądać.



Podróż można spędzić na otwartym pokładzie - jeśli dobrze pamiętam to nazywa się to sundeck lub też w zamkniętej przestrzeni gdzie jest bar, kawiarnia. Oczywiście przy tak dopisującej pogodzie, większość pasażerów wybrała rejs na powietrzu, z powrotem również. 



Tak jak wspominałem - podróż trwa bardzo krótko. Na Gozo płynęliśmy 35 minut, ale z powrotem tylko nieco ponad 25. Płynąc, miałem nadzieję na to, że "po drodze" a nuż uda mi się gdzieś wypatrzeć delfiny. Czy zdążyliście już pomyśleć - "ale wymyślił, delfiny chciał zobaczyć" ? :) Rzeczywiście może wygórowane to oczekiwanie, ale te kilkanaście lat temu miałem właśnie okazję zobaczyć kilka delfinów, które wyskakiwały z wody, a wszystko również w trakcie rejsu na Gozo. Tym razem niestety tak się jednak nie stało, a szkoda :)


Malta coraz bardziej zostawała w tyle, a z kolei Gozo coraz bardziej się przybliżało. 




Aż w końcu nadszedł moment na skręt w prawo i w ten oto sposób powoli zaczęliśmy na dobre dopływać do wyspy, a dokładnie wpływać do miejscowego portu. 



Wąsko, a momentami nawet bardzo wąsko. Podziwiam załogi, że tak wprawnie potrafią manewrować tymi jednostkami. I już dobiliśmy do brzegu. 



Tak wygląda wejście do portu i sam port - widziane z drugiej strony.


Po zejściu na ląd można bezpośrednio kierować się w stronę terminala, gdzie przy wejściach oczekują taksówki, autobusy wycieczkowe oraz są przystanki autobusowe komunikacji miejskiej, którą to można dotrzeć między innymi do głównego miasta na Gozo - do Victorii (Rabat).


To już koniec rejsu na Gozo. Mam nadzieję, że był on dla Was w miarę przyjemny. W następnych wpisach pokażę Wam kolejne miejsca zarówno na Gozo jak i Malcie. Gdyby pojawiły się z Waszej strony jakieś pytania to chętnie na nie odpowiem jeśli będę w stanie.


Lubicie podróżować promami, statkami ? Wybralibyście się w podobny rejs ? Może ktoś z Was już odwiedzał Gozo ? 


Z maltańskich wpisów mogliście już przeczytać: 



Podobne wpisy 



poniedziałek, 14 marca 2016

Stolica Malty - Valletta


Będąc na Malcie, nie można sobie odmówić możliwości, a chyba przede wszystkim przyjemności przez duże p, odwiedzenia stolicy - Valletty. Mogę Wam zdradzić, że podczas mojego pobytu zjawiałem się w niej trzy, a może i nawet czterokrotnie. Piękna, nietuzinkowa, urokliwa i kameralna (pomimo licznych odwiedzających), a na swój sposób może nawet urzekająca. Tak właśnie ją zapamiętałem i tak będę ją wspominać. Zwłaszcza, gdy patrzę na przykład na takie widoki.


Jestem w zasadzie przekonany, że ten kto zjawi się na Malcie, prędzej czy później znajdzie się w Valletcie. Z jednej strony to oczywiste, bo przecież między innymi po to podróżuje się na tą wyspę, ale z drugiej strony zaryzykuję stwierdzenie, że nie ważne gdzie na tej Malcie jesteś, wszystkie drogi (albo prawie wszystkie) i tak Cię poprowadzą do Valletty. Uwierzcie mi, że tak jest. Najlepiej widać to na mapie komunikacji autobusowej. Niemalże z każdego miejsca na wyspie można dotrzeć miejscowym transportem publicznym do stolicy.


Vallettę zamieszkuje około 197 tysięcy ludzi. W porównaniu do przeróżnych stolic, które przychodzą nam do głowy to rzeczywiście - ta należy raczej do tych mniejszych. 

niedziela, 6 marca 2016

Przejazd Deutsche Bahn na trasie Frankfurt-Kolonia. O zakupie biletu słów kilka i nie tylko.


Będąc w Niemczech, miałem okazję podróżować niemieckimi kolejami - Deutsche Bahn na trasie Frankfurt nad Menem ---> Kolonia i z powrotem. To nie jedyne przejazdy, ponieważ z lotniska i na lotnisko także korzystałem z DB. Jednak to w oparciu o ten pierwszy przejazd chciałbym stworzyć ten wpis.

Bilety kolejowe kupiłem jeszcze na długo przed wylotem, na stronie Deutsche Bahn. Głównie dlatego, że wyszedłem z założenia, iż jeśli  wcześniej zarezerwuję bilet to istnieje szansa na tańszy przejazd - w niższej taryfie tzw. Sparpreis Aktion. Tak też się stało.

Wyszukanie trasy, pociągów, godzin odjazdów nie sprawiło mi w zasadzie żadnej trudności. Strona jest dość prosto zbudowana i łatwa w użyciu. Warto dodać, że funkcjonuje ona również w wersji polskiej, co na pewno jest pewnego rodzaju ułatwieniem.

Odjazdy z Frankfurt Hauptbahnhof (dworzec główny) do Kolonii i z powrotem odbywają się bardzo często. Dlatego też wybranie dogodnych połączeń nie było trudne.

Tak jak wspomniałem, udało mi się zakupić bilety w najniższych możliwych cenach na daną kategorię pociągu - ICE w klasie 2. Dodam, że kategoria ICE to najlepsza kategoria pociągu w Niemczech. Chodzi tu głównie o komfort podróży, a także szybkość przejazdu (prędkość rozwijana przez skład), a co za tym idzie jego stosunkowo krótki czas przejazdu. Jest to coś na kształt polskiego EIP. Różnica jest jednak znaczna, bo ICE rozwijało momentami prędkość 300 i więcej km/h.


Za bilet w jedną stronę zapłaciłem 19 €, z powrotem również 19 €, czyli w sumie 38 €. Bilety otrzymałem drogą mailową, a zatem mogłem je pobrać na urządzenie mobilne lub wydrukować. W trakcie rezerwacji można wybrać również dodatkowo płatną opcję dostarczenia biletów pocztą tradycyjną. Warto dodać, że do identyfikacji pasażera w pociągu potrzebny jest dokument tożsamości ze zdjęciem. Jaki rodzaj - to można wybrać w trakcie rezerwacji, ale chyba najwygodniej dowód osobisty. Ponadto dla bezpieczeństwa podaje się 4 ostatnie znaki danego dokumentu. Dlatego ważne jest, aby zwrócić na to uwagę i się nie pomylić w trakcie wprowadzania danych. No i oczywiście, żeby posiadać dany dokument podczas podróży, okazując go do kontroli.

Jakim niemiłym zaskoczeniem było to, gdy okazało się, że w cenie biletu nie ma rezerwacji miejsca. To naprawdę  dziwne, zwłaszcza że (było nie było) to jednak kategoria ICE, no i przecież tak słynna... niemiecka kolej. Kolejnym mało sympatycznym, a nawet irytującym zjawiskiem było to, że za rezerwację miejscówki w każdą stronę należało zapłacić po 4,5 € od każdego pasażera. Dodam, że rezerwacji miejsca nie ma również w innych - droższych taryfach (sprawdzałem to). Czyli jeżeli chciało się mieć stałe miejsce na czas podróży to należało zakupić tzw. miejscówkę. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że mogłem jej nie kupować, bo przecież czas podróży to niecałe 1 h 30 minut, a i oszczędność by była. Problem jednak w tym, że gdybym jej nie miał, to nie ominęłoby mnie udostępnianie miejsca osobom, które posiadały bilet na konkretne miejsce. Niemalże co stacje było w związku z tym zamieszanie związane z przesiadaniem się osób bez miejscówki i zwalnianie miejsca osobom z miejscówkami. Czy naprawdę nie prościej by było sprzedawać bilety już z numerami miejsc ? Tak jak już od kilku lat jest to w PKP Intercity. Moim zdaniem to zdecydowanie lepsze rozwiązanie, a podróż Deutsche Bahn byłaby też przyjemniejsza, bez tego  "ciągłego" ruchu w przejściach, korytarzach i jakichś "zamianek". 

Dworzec we Frankfurcie jest ogromny. Zarówno pod względem wielkości budynku ,jak i liczby peronów - i to chyba jest najważniejsze. Jest ich tam ponad 20. Problemów ze znalezieniem odpowiedniego z nich nie było, a ponadto przy każdym są umieszczone elektroniczne tablice informacyjne. Problem pojawił się wtedy, gdy chciałem wsiąść do wagonu nr 25 , który miałem podany na bilecie. Okazało się, że takiego wagonu nie ma... Brzmi trochę znajomo ?! No proszę, takie rzeczy zdarzają się nie tylko w Polsce. Nie tylko ja poszukiwałem wagonu, bo nawet wywiązała się krótka rozmowa z innymi pasażerami oczywiście o tym... czy taki numer wagonu istnieje. Minusem było to, że akurat w tamtym momencie przez ok. 5 minut nie można było nikogo dostrzec z obsługi pociągu. Trzeba było wsiąść i dopiero wtedy natknęło się na konduktora. W Polsce spotyka się jednak konduktorów na peronie, przy pociągu. 



Odjazd z Frankfurtu odbył się planowo, kilkanaście minut po godzinie 8. Przejazd trwał ok. 1 h 30 minut. Pociąg jechał szybko, a momentami nawet bardzo szybko. Konduktorzy informowali o kolejnych stacjach. Do dyspozycji pasażerów był internet Wi-Fi, ale należało wykupić dostęp. Przy próbie połączenia z siecią,w przeglądarce internetowej pojawiała się informacja o przebiegu trasy pociągu. Postanowiłem zrobić zrzut ekranu - widać na nim miedzy innymi prędkość składu, z którą poruszał się w tamtym momencie. W pociągu znajdował się również wagon barowy.


Wieczorny powrót z Kolonii właściwie był podobny. Z tym, że opóźniony o ok. 15 minut, ale problemów z numeracją wagonów już nie było.

Dworzec w Kolonii

Była to moja pierwsza podróż pociągami DB i w zasadzie udana, bo dotarłem do miejsc przeznaczenia w mniej więcej przewidywanym czasie. Wystąpiły jednak pewne niedogodności, o których wspomniałem wyżej. Niewątpliwym plusem jest to, że bilety na przejazdy mogłem kupić nie wychodząc z domu, z wyprzedzeniem, na stronie, po której dość łatwo się poruszać.

Jeśli chodzi na przykład o widoki, to z tak szybko jadącego pociągu zbyt wiele nie widać - wszystko się zlewa. Ponadto trasa, którą jechaliśmy, obfituje w tunele. Jednym z ładniejszych widoków, który mi się utrwalił, to ten z momentu wjazdu do Kolonii. Górująca katedra - Kölner Dom nad miastem, którą można było dostrzec już z pewnej odległości i przejazd Mostem Hohenzollernów na Renie. Poniższe zdjęcie pokazuje zarówno wspominaną katedrę, jak i most. 



A Wy mieliście okazję podróżować pociągami Deutsche Bahn ? Jeśli tak, to czy wszystko było w porządku ? Może niedługo zamierzacie ruszyć w drogę z DB ? 


Podobny wpis:

środa, 2 marca 2016

Myślami i zdjęciami wciąż na Malcie...


Niedługo minie tydzień od powrotu z Malty. To właśnie tam spędzałem ostatni tydzień lutego, właściwie w całkowitym, w pełni świadomym i co najważniejsze zamierzonym oderwaniu od rzeczywistości, którą postanowiłem zostawić tuż przed wejściem do samolotu, na lotnisku w Warszawie. Taki był po prostu plan - odpoczynek i wyciszenie się. Był to bardzo udany wyjazd, którego wypatrywałem w swoim kalendarzu z niecierpliwością. W końcu. Udało się. Poleciałem i wróciłem. Problem w tym, że w moim przekonaniu trochę za szybko. Chciałoby się jeszcze. Dlatego też pewnie nadal myślami, ale też i zdjęciami jestem wciąż na Malcie, słonecznej Malcie, z dala od wszechobecnej od jakiegoś czasu szarugi dookoła. Powrót do rzeczywistości, od której się oderwałem pewnie potrwa i nie będzie łatwy, ale tak to już jest. Na szczęście są wspomnienia i zdjęcia, którymi można się nacieszyć i przez chwilę znaleźć się ponownie "tam". W najgorszym wypadku gdyby i to nie pomagało to zawsze można zaplanować podobną podróż.

Jest to pierwszy maltański wpis i z pewnością nie ostatni. Jest przecież tyle do opisania i pokazania. W tym pokażę Wam gdzie są jeszcze moje myśli, a wszystko dzięki zdjęciom :)


Nad morzem, skalistym brzegiem i widokiem na sąsiednią wyspę - Gozo. 


Nad brzegiem, w który uderzają morskie fale, a kropelki wody lądują niekiedy na skórze.  


W stolicy Malty - Valletcie i jej zakątkach. 


W przepięknej Konkatedrze św. Jana, której wnętrze może przysparzać o zawrót głowy. 


W maltańskich, wąskich uliczkach i zakamarkach.



Na przerwie na kawę z maltańskim różowym winem i maltańską przekąską w roli głównej.


Czasem też na Gozo z widokiem na Maltę. 


W malowniczych zatokach, zatoczkach, gdzie można zobaczyć kolorowe łódki, ale też i większe jednostki.



Znowu nad brzegiem morza, ale o zachodzie słońca, kiedy to niebo stawało się pomarańczowe.



W samolocie. Kiedy to kawałki oddalającej się Malty wystawały spod odbijających się w skrzydle chmur, a ja mogłem jeszcze rzucić ostatnie spojrzenie w kierunku wyspy. Już wtedy chciałem wrócić. I wrócę. 


 I w jeszcze wielu innych miejscach... .

Ciekawi mnie czy po przeczytaniu wpisu, obejrzeniu zdjęć jesteście w stanie zrozumieć, dlaczego myślami jestem jeszcze tam ? Chcielibyście się znaleźć w podobnych okolicznościach, podoba się Wam ? Może ktoś z Was był już na Malcie, albo się na nią wybiera ? 

Wkrótce kolejne wpisy poświęcone Malcie. Wypatrujcie ich :) 

czwartek, 18 lutego 2016

Kölner Dom - Katedra w Kolonii


Kölner Dom, a dokładnie Katedra św. Piotra i Najświętszej Marii Panny to z pewnością symbol Kolonii jeśli nie całych Niemiec. Właśnie z takim zdaniem dość często się spotykałem. Jeszcze na długo przed przed planowaną podróżą nie raz i nie dwa miałem okazję widzieć Katedrę w Kolonii np. w niemieckich serialach czy filmach, choć oczywiście nie tylko tam. Jestem prawie przekonany, że po chwili zastanowienia chyba każdy z Was stwierdzi, że kiedyś, gdzieś tą budowlę widział lub o niej słyszał, a w każdym razie "gdzieś się przewinęła". Dlatego też moim zdaniem stwierdzenie, że jest ona symbolem Niemiec jest jak najbardziej trafne.


Była sobota 5 grudnia, przejazd Deutsche Bahn z Frankfurtu do Kolonii nie trwał długo i trochę po godzinie 10, po porannej kawie staliśmy już przed katedrą, zwłaszcza że mieści się ona tuż obok dworca głównego. Pomimo tego, że pora była dość wczesna to jak widać - przed wejściem gromadziło się już sporo zwiedzających, co jednocześnie utrudniało robienie zdjęć. Jednak jak się potem okazało, a zaraz będziecie mieli okazję je zobaczyć - tłumów na nich nie widać. Dodam, że wstęp był bezpłatny.


Pierwsze moje uczucie i jednocześnie spostrzeżenie było takie, że budowla imponuje swoimi rozmiarami. Jest po prostu duża. Gdy się pod nią stanęło to człowiek wydawał się bardzo mały w porównaniu do niej. Wysokość mierzy ponad 150 metrów, ale do tego przecież należy dodać jej powierzchnię itp. Naprawdę robi wrażenie. 


Główne wejście zdobią liczne figury. Tego typu zdobienia nazywam misterną robotą, ponieważ ich wykonanie na tak dużej powierzchni, ilości oraz dokładności jest dla mnie czymś niesamowitym. Zawsze podziwiam architektów, budowniczych, że kiedyś byli coś takiego w stanie stworzyć. 


O kolońskiej katedrze można by wiele pisać. Podobno był to najdłużej budowany obiekt (tego typu) w historii. Budowę rozpoczęto w 1248 roku, a ukończono w latach 1840-80. Oznacza to, że jej budowa trwała ponad 600 lat. Charakterystycznym elementem jest gra świateł, którą można zauważyć w ciągu dnia - zwłaszcza gdy jest choć trochę przebłysków słońca. A co za tym idzie - między innymi liczne witraże są doskonale doświetlane jak z resztą wnętrze samego kościoła. 









Mimo tego, że budowla wydaje się być bardzo masywna, bo w gruncie rzeczy przecież taka jest to jednak w jej wnętrzu odczuwa się pewną lekkość. Myślę, że taki efekt dają liczne witraże, figury, zdobienia czy kolorowa posadzka. 







Warto dodać, że wnętrze katedry skrywa wiele dzieł sztuki. Dla przykładu - można tu zobaczyć najstarszy zachowany wizerunek Jezusa na krzyżu - Krucyfiks Gerona z ok. 970-75 roku. Oraz wiele innych przedmiotów.
Krucyfiks Gerona
Innym dość ciekawym miejscem znajdującym się w kolońskiej katedrze jest Relikwiarz Trzech Króli. 


Relikwiarz Trzech Króli
Od reszty świątyni odgradzają go kraty, ale jak widać nie ma problemu z przełożeniem dłoni w celu zrobienia zdjęcia. 


Podobno relikwiarz ten jest jednym z największych dzieł złotniczych na świecie. 


Relikwiarz Trzech Króli
Jak można zauważyć Kölner Dom ma rzeczywiście sporo do zaoferowania zarówno jeśli chodzi o wygląd budynku i jego wnętrze. Oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że pokazałem tutaj jedynie namiastkę tego co można tam zobaczyć. Myślę, że zwłaszcza dla miłośników sztuki, architektury Katedra w Kolonii to dobre miejsce na zwiedzanie i odkrywanie. Nie ukrywam, że to głównie z powodu tej budowli znaleźliśmy się w Kolonii. Na jednodniowy wypad z Frankfurtu polecam, choć pewnie można by było zabawić dłużej :) 


Na koniec jeszcze jedno spojrzenie, ale z odległości. W tle oczywiście Kölner Dom, a po prawej stronie Most Hohenzollernów na rzece Ren. Zarówno jeden jak i drugi obiekt są chyba najczęściej fotografowanymi w Kolonii. 


Dla kontrastu - porą wieczorową wyglądało to tak.




Czy spodobała się Wam Katedra w Kolonii ? Chcielibyście ją odwiedzić, a może macie jakiś inny ulubiony obiekt tego typu ? 


Podobne wpisy: 




sobota, 13 lutego 2016


Frankfurt z wysokości - widoki z Frankfurt Main Tower

Będąc we Frankfurcie nad Menem, właściwie nie sposób nie zauważyć licznych w tym mieście wieżowców. Wpisały się one na dobre w krajobraz tego miasta i wydaje mi się, że są już jego nieodłącznym elementem. 


Jednym z takich budynków, do którego można swobodnie wejść, a nawet wjechać na ostatnie piętro i podziwiać panoramę miasta jest ponad 200 - metrowy wieżowiec Main Tower, a dokładnie Frankfurt Main Tower składający się z 56 pięter nad ziemią (kilka pięter znajduje się również pod ziemią). 


Na co dzień Main Tower jest miejscem pracy wielu ludzi. Jednak będąc tam w niedzielę tłumów nie doświadczyliśmy. 


Docierając do Main Tower trzeba było przejść przez mini park, w którym natknęliśmy się na wiewiórkę :)  



Przed wejściem do budynku, jeszcze jedno spojrzenie w górę. 


Po wejściu okazało się, że kolejka do kasy nie jest duża, a zatem zakup biletu przebiegł sprawnie. Koszt biletu dla osoby dorosłej to 6,50 EUR. Szczegółowe ceny na poniższym zdjęciu. 


Po odejściu od kasy wraz z biletem i ulotką należało się udać do kontroli bezpieczeństwa. Musiał ją przejść każdy, kto chciał wjechać na górę. Wyglądała ona standardowo - przejście przez bramkę i prześwietlanie toreb, plecaków. Następnie, aby móc przejść do wind trzeba było zeskanować kod kreskowy z biletu, w celu otworzenia bramki. 


Wjazd na platformę widokową (55-56 piętro) trwał ok. 40-45 sekund, jeśli dobrze pamiętam. Winda mknęła naprawdę szybko i po krótkim czasie znaleźliśmy się w punkcie docelowym. Po opuszczeniu windy należało jeszcze kawałek przejść schodami - bardzo krótki odcinek. Jakby mało było wrażeń po jeździe windą, oczom ukazały się takie widoki :)





Chciałoby się rzec - Frankfurt jak na dłoni, ale tak rzeczywiście było. Dookoła pełno innych wieżowców, mniejszych budynków, katedra, rzeka Men, główny dworzec kolejowy czy wieża telewizyjna. 





Na koniec dwie panoramy.



Początkowo zastanawiałem się czy w ogóle brać pod uwagę w planie zwiedzania miasta, wejście na Main Tower. Po fakcie stwierdzam, że wizyta na dachu była dobrym pomysłem i jeżeli ktoś z Was będąc we Frankfurcie będzie się wahać czy wejść to ze swojej strony zachęcam. 

Podoba Wam się Frankfurt z takiej perspektywy ? Lubicie oglądać tego typu widoki z wysokości czy to raczej atrakcja nie dla Was ?

Jeśli lubicie oglądać miasta "z wysokości" to możecie zajrzeć na wieżę CN Tower w Toronto.

czwartek, 31 grudnia 2015

Świąteczna Kolonia


Nadeszła pora na ostatni już wpis w tym roku. Być może niektórych z Was rozczaruję, a może zadowolę. Nie będzie to podsumowanie roku czy coś w tym rodzaju, a zapowiadana wcześniej Kolonia. Przypomnę, że poprzednio mieliście okazje zobaczyć jarmark świąteczny we Frankfurcie. Tymczasem zapraszam do świątecznej Kolonii, będzie to wpis z kategorii tych krótszych :) 


Podobnie jak we Frankfurcie klimat świąteczny odczuwało się niemalże na każdym kroku. Najintensywniej oczywiście w miejscach, gdzie zorganizowano jarmarki. Było ich naprawdę dużo. Odwiedziliśmy chyba sześć, a  może i 7 miejsc, w których się odbywały. To zapewne nie wszystkie. Słyszałem, że w Kolonii liczba jarmarków może wynosić nawet 12. Jednak najpopularniejszym z nich jest ten przy Kölner Dom-katedrze. 



Zarówno w ciągu dnia jak i wieczorem, gromadziło się tam wiele osób. Królowało oczywiście grzane wino i liczne przekąski. 


Drugim, chyba równie popularnym był ten na starym mieście. Odległości pomiędzy jarmarkami nie były duże. Czasem była to kwestia od 5-15 minut spacerem, aby się przemieścić i znaleźć się gdzie indziej. 




Rozmaitości było tyle co wszędzie. Jednak ten jarmark odróżniał się tym od pozostałych, że była na nim jeszcze zorganizowana ślizgawka miejska, która cieszyła się dużą popularnością. Oprócz tego nieopodal znajdował się Ren, wzdłuż którego można było spacerować. 



Dla krasnali znalazł się nawet wyciąg i stok narciarski :) 



Oczywiście i na nim nie brakowało odwiedzających. 



Hitem w sklepikach były świece. Zwłaszcza te imitujące piwo. Można by się zastanowić czy nie zostały one jeszcze z Oktoberfest-u :)



Prawie na koniec jeszcze kilka zdjęć już z innego jarmarku. Był on najdalej położony, a przynajmniej takie miałem wrażenie. Poza tym odpowiadał mi najmniej ze wszystkich. 




Na zakończenie wracamy na plac przy Kölner Dom. Otoczenie po zmierzchu wyglądało wręcz zjawiskowo. Myślę, że to duża zasługa licznych dekoracji świątecznych. A poniżej rozświetlona choinka. 


Do Frankfurtu i Kolonii z pewnością powrócimy w nowym roku. Poza tym już za nieco ponad tydzień na krótko, ale ponownie lecę do Brukseli. Zatem pewnie i ona pojawi się na blogu. Dodatkowo pod koniec lutego szykuje się kolejny wyjazd. Jednak szczegóły dotyczące niego, będę odpowiednio dawkować. Nie zmienia to jednak faktu, że już nie mogę się go doczekać, a chyba jest czego. Przynajmniej tak myślę :) 

Na zakończenie chciałbym podziękować wszystkim Czytelnikom za obecność na blogu w minionym roku. Mam nadzieje, że spotkamy się także w przyszłym, a pojawiające się wpisy nadal będą Was interesować i spełniać Wasze oczekiwania. Dziękuję, że jesteście. 

Życzę Wam pomyślnego Nowego Roku.

środa, 23 grudnia 2015

Jarmark świąteczny we Frankfurcie nad Menem


Święta tuż tuż, a zatem to dobry moment na pokazanie świątecznego jarmarku, na którym miałem okazję być w trakcie mikołajkowego wypadu do Niemiec. Jak być może część z Was pamięta odwiedzałem Frankfurt oraz Kolonię. Zarówno w jednym jak i w drugim miejscu jarmarków nie brakowało. Dlatego też na pewno pojawi się kilka wpisów z tego wyjazdu.

Jarmarki świąteczne z prawdziwego zdarzenia poznałem tak naprawdę niedawno – rok temu. Tobrukselski jarmark był tym pierwszym, o którym już mogliście przeczytać. Cała oprawa, atmosfera jarmarczna spodobała mi się na tyle, że postanowiłem ją poczuć ponownie. Jednak tym razem w Niemczech. Nie ukrywam, że wybór nie należał do przypadkowych.

Nie raz i nie dwa miałem okazję słyszeć i czytać, że to niemieckie jarmarki są uważane za jedne z lepszych w Europie. I tu mała dygresja. Trochę to przewrotne, co napisałem teraz, ponieważ zategoroczny najlepszy jarmark bożonarodzeniowy uznano ten w stolicy Chorwacji - Zagrzebiu. Muszę przyznać, że akurat Chorwację nie za bardzo kojarzę z tego typu wydarzeniami, a tu proszę bardzo.

Tym niemniej to właśnie ze względu na pozytywne opinie o jarmarkach w Niemczech zdecydowałem się odwiedzić któryś z nich. I tak też się stało.

Zapraszam na Römer Platz i okolice katedry we Frankfurcie nad Menem. Dodam, że to nie jedyne miejsce, w którym odbywał się jarmark. Zarówno we Frankfurcie i Kolonii śmiało można było doliczyć się kilku jarmarków. Piękne błękitne niebo i złociste promienie słoneczne nie towarzyszy za często. Ogólnie rzecz biorąc pogoda była mocno w kratkę, co z resztą będzie widać na kolejnych zdjęciach. 



Jarmark odbywał się w jednym z centralnych punktów na mapie Frankfurtu. Plac sam w sobie nie jest zbyt duży, a niemała ilość domków i tłok dodatkowo go pomniejszał. Na frekwencję organizatorzy i sprzedawcy narzekać na pewno nie mogli. Zdarzało się, że było trudno przejść i trzeba było chwilę zaczekać, bo tworzyły się korki :) Jednak bardzo podobało mi się to, że nikt z tego powodu nie robił problemów - nie narzekał, nie pchał się tylko po prostu czekał na możliwość dalszego przejścia. Na poniższym zdjęciu tłoku oczywiście jeszcze nie ma, za to widać elewacje kamieniczek, budki jarmarczne, a nawet wierzchołek katedralnej wieży. 


Najczęściej okupowanymi stoiskami były te z grzanym winem i jedzeniem. Nic w tym dziwnego, bo grzane wino na jarmarku świątecznym, moim zdaniem smakuje jednak trochę inaczej. W dużej mierze to oczywiście zasługa samej atmosfery :) 




Nowością dla mnie okazały się ceramiczne tudzież szklane kubki, w których podawano grzane wino. Rok temu w Brukseli piło się z kubków styropianowych, ewentualnie plastikowych więc w Niemczech miłe zaskoczenie. Ceny wina były raczej na tym samym poziomie - 3 €. Jednak do tego doliczano również kaucję za kubek 2,5 lub 3 €, w zależności od stoiska. Jak widać poniższy kubek był już obecny na jarmarku w 2012 roku, ale w Kolonii kubki były tegoroczne. 


Dwoma najczęściej unoszącymi się zapachami w powietrzu były - zapach grzanego wina i przygotowywanego jedzenia. Jeśli chodzi o jedzenie to tego na pewno nie brakowało. Naleśniki, kiełbasy, kanapki, kanapki z kiełbasą i mógłbym tak dalej wymieniać. 



Miałem okazje zjeść Bratwursta, a także pewnego rodzaju placki ziemniaczane z musem jabłkowym. Placki były naprawdę przepyszne. Bardzo podobne w smaku do tych polskich, ale trochę grubsze. 


Oprócz tego nie mogło oczywiście zabraknąć różnego rodzaju słodkości. Pierniczki, gofry, bakalie karmelizowane, kasztany, lizaki i czekolada. Dużo czekolady. Najczęściej można było zobaczyć jabłka w czekoladzie, a także inne owoce np. banany, gruszki. Podobno bardzo smaczne. 



Jarmarki to oczywiście nie tylko samo jedzenie. Nie mogę nie wspomnieć o stoiskach z rękodziełem, ozdobami świątecznymi. Myśląc o ozdobach od razu przypomina mi się zapach wianków w kształcie koła, serca. Nie dość, że bardzo ładne to pięknie pachnące. Nie wiem dokładnie czym, ale na pewno trochę anyżem, cynamonem i innymi "pachnidłami". Co ważne nie do przesady. 



Budki z figurkami, maskotkami też były obecne. 



W punkcie centralnym stała dumnie prezentująca i świecąca się choinka. 



Dzięki temu, że odwiedzaliśmy ten jarmark kilkukrotnie o różnych porach dnia to była szansa na zrobienie zdjęć przy zachodzącym słońcu, a także wieczorem. 






Na jarmarkach pojawialiśmy się kilkukrotnie, ale w zasadzie nigdy nie były to nudne wizyty. Muszę przyznać, że w tym roku to właśnie ten weekendowy wyjazd pomógł mi uświadomić, że to już grudzień i świąteczny czas jest naprawdę blisko. Wkrótce zaproszę Was na jarmark do Kolonii. 

Ktoś z Was miał okazję być w tym roku na jakimś jarmarku ? Jestem ciekaw czy udziela Wam się atmosfera Świąt czy nie za bardzo ją czujecie ? 

Na sam koniec chciałbym złożyć świąteczne życzenia wszystkim Czytelnikom bloga. 

W nadchodzące Święta życzę Wam ciepłej, 
rodzinnej atmosfery i mile spędzonego czasu.
Wesołych Świąt. 



niedziela, 25 października 2015

Bałkany. Szkodra czyli albańskie miasto kontrastów.


Po nieco dłuższej przerwie niż zwykle, przyszła pora na kolejny, nowy wpis. Pokażę Wam trochę zdjęć z albańskiego miasta Szkodra. Coś ta nazwa Wam świta ? Słusznie. Obok Szkodry znajduje się Zamek Rozafa, o którym było poprzednio. Poza tym w pobliżu jest również Jezioro Szkoderskie, którego widoki także już pokazywałem. Pora jednak wrócić do tematu Szkodry. 


Szkodra to nieduże 90-tysięczne miasto położone na północy Albanii po zachodniej stronie kraju. Biorąc jednak pod uwagę, że Albania zamieszkiwana jest przez od 2,5-2,8 mln ludzi to może wcale Szkodra nie jest taka mała ?! Tę kwestię pozostawiam już do oceny własnej. Warto na pewno dodać, że wśród albańskiej układanki miast jest jednym z ważniejszych. Między innymi z uwagi na obecność uniwersytetu, szeroko rozumianego handlu czy w końcu z historycznego punktu widzenia.  

Nie bez powodu otwierającym zdjęciem jest meczet. Po pierwsze dlatego, że w Albanii jak i na całych Bałkanach ich nie brakuje. Drugi powód wydaje mi się jednak o wiele ważniejszy. Szkodra to jakby miasto styku kultur, religii. Dosłownie. Obok siebie żyją przedstawiciele różnych wyznań: muzułmanie, katolicy, prawosławni, protestanci. Można to zauważyć w jeden, bardzo prosty sposób. Na przykład: obok meczetu będzie cerkiew, a gdzie indziej jeszcze kościół. Zatem Szkodra jest dość dobrym przykładem tolerancji religijnej. 



Muszę przyznać, że wnętrze meczetu z powyższego zdjęcia, charakteryzowało wręcz pewnym ascetyzmem. Ogólnie meczety raczej nie mają "przerostu formy nad treścią", ale ten wybitnie. Chociaż z zewnątrz mogłoby się wydawać coś innego :) 


Nieopodal tego, znajdował się kolejny. Do wnętrza jednak już nie wchodziłem. 


Zgodnie z tym co napisałem, pokażę Wam jeszcze kościół i cerkiew, a następnie  trochę miasta.





Oprócz "styku kultur", Szkodra to moim zdaniem również miasto pełne kontrastów. Naprawdę wszędzie ich pełno, gdzie się nie obejrzymy. Nowe miesza się ze starym, bieda z bogactwem,
a absurd z logiką. Przykładem tego ostatniego może być to co można obejrzeć na poniższych zdjęciach. 



Za tymi niemalże pięknie odnowionymi murami, a może niekiedy zbudowanymi od podstaw, mamy po drugiej stronie obdrapane ściany, całkowity brak dachu czy nawet którejś ze ścian. A po środku śmietnik, którego tu nie widać. Gdyby nie wyglądać przez okna, przecież nie byłoby tego widać, a poza tym całość nieźle pasuje do uliczek.



Większość remontów, odnowień została po części, a może i w całości sfinansowana przez fundusze europejskie. Świadczą o tym liczne tabliczki. W Szkodrze znajdziemy także punkt informacji europejskiej. Proszę bardzo.


Jest także swego rodzaju deptak, park, główna ulica ze sklepikami czy różnymi lokalami. 






Szkodra to również swego rodzaju pomieszanie z poplątaniem o czym pisałem wyżej.







Nie mogę nie napisać o zjawisku myjni samochodowych. Pełno ich wszędzie. Jasne, można stwierdzić, że skoro mają tam np. Mercedesy czy też inne marki pojazdów to chcą utrzymywać je w jak najlepszej czystości. Dowiedziałem się jednak, że to nie jest jeden, jedyny powód. Taka ilość myjni jest pozostałością po programie rządowym z okresu wysokiego bezrobocia. Wymyślono, że ten kto ma samochód to lubi żeby był czysty, a więc biznes myjni samochodowych miał służyć czystości samochodów, a przede wszystkim wzrostowi zatrudnienia. 


Ostatnim miejscem, które odwiedziłem był miejscowy targ. Można tam kupić naprawdę chyba prawie wszystko. Od żywności po benzynę, samochody, zwierzęta. 





Choć byłem tylko w tym jednym albańskim mieście to utwierdziłem się w tym, że naprawdę jest tam duża różnorodność. Zastanawiam się więc co można spotkać na przykład w Tiranie - stolicy Albanii. Musi być pewnie ciekawie. Kto wie czy być może w przyszłym roku tam się nie zjawię. 

Szkodra to już ostatni bałkański wpis. Chyba specjalnie pozostawiłem go sobie na koniec. Dość długo zabierałem się do jego napisania. To głównie dlatego, że musiałem sporo przemyśleć odnośnie tego  co mam w nim zawrzeć, co i jak pokazać. Wiadomo, nie da się opisać wszystkiego.
W przypadku tego miejsca to naprawdę nie było dla mnie proste choć wcale dużo treści nie ma. Nie mam też jednoznacznej oceny tego miasta oprócz tych, które mogliście poznać czytając ten wpis. Szkodra może nie ma zbyt wielu interesujących miejsc (konkretnych), ale zobaczyć i poczuć ten klimat polecam każdemu. Mnie się podobało. 

Jak odbieracie Szkodrę ? Podoba się Wam to miasto czy to zupełnie nie Wasze klimaty ? Ktoś z Was był w Albanii ?

Myślę, że odnośnie Bałkanów pojawi się jeszcze jakiś podsumowujący post żeby zebrać te wszystkie miejsca w jednym wpisie. 

O Bałkanach mogliście przeczytać: 






niedziela, 20 września 2015


Bałkany - Zamek Rozafa w Albanii

Gdy się tak zastanawiam to stwierdzam, że napisałem całkiem sporo artykułów, w których pokazywałem Wam odwiedzone przeze mnie miejsca na Bałkanach. Ten wpis będzie już przedostatnim, w którym będziemy w tym regionie, ale z drugiej strony pierwszym, który będzie dotyczyć Albanii. Jak dotąd nie pojawiło się nic związanego z tym krajem. Dlatego też w tym oraz następnym wpisie trochę Albanii. Na dobry początek zapraszam Was na Zamek Rozafa. 


Zamek Rozafa wraz z twierdzą położony jest bardzo niedaleko miasta Szkodra (Shkodra), na wzgórzu o wysokości ok. 130 m n.p.m. Pozostałości zamku wraz z murami, kościołem św. Szczepana zachowały się naprawdę dobrze. 


Jadąc tam sądziłem, że będzie to coś podobnego w porównaniu do twierdzy w Kotorze. Jednak nie do końca tak jest. Pierwsza i podstawowa różnica jest taka, że Zamek Rozafa jest położony zdecydowanie niżej. Zatem wejście na górę nie jest tak wyczerpujące jak to miało miejsce w Kotorze. Niestety dokładnie nie pamiętam ile kosztował bilet wstępu choć kojarzy mi się, że była to kwota 200, albo 300 leków. To nie jest dużo. 



Albańczycy przywiązują dość dużą uwagę do tego obiektu, ponieważ kojarzony on jest z ważną bitwą o Szkodrę, która miła miejsce w XV wieku pomiędzy Albańczykami, a Turkami. 

Warto moim zdaniem wyjaśnić skąd pochodzi nazwa zamku, albo przynajmniej z czym jest związana, bo choć wydaje się to trochę straszne to jest ciekawe. Jak to zwykle bywa wokół nazwy krąży pewna legenda. W skrócie. Budowa zamku kompletnie nie udawała się trzem braciom. To co zostało wzniesione zaraz ulegało destrukcji. Pewnego dnia na miejscu budowy zjawił się szeptuch, który wyjawił jak można temu zaradzić. Należało zamurować żywcem kobietę - żonę któregoś z braci. Tak też się stało. Zamurowana została jedna z żon - Rozafa, która przyniosła mężczyznom posiłek. W związku z tym, że była ona także matką i to karmiącą więc postawiła jeden warunek. Miała być tak zamurowana, aby mogła widzieć na prawe oko, a jej prawe kończyny miały być na zewnątrz. Oprócz tego istotnym było to, aby jedna z piersi także nie była zamurowana, ponieważ musiała karmić dziecko. Ciało Rozafy rzekomo miało się zamienić w twarde, trudne do zniszczenia skały, a do tego przybrały białawy kolor od jej mleka. 


Na poniższym zdjęciu ruiny kościoła.



Na zamek przyjeżdża się także, a może w szczególności dla widoków, które można z niego podziwiać. Na rzeki Bunę i Drin, jezioro Szkoderskie, a także miasto Szkodra. Gdzie się nie obrócimy, naprawdę jest na co spojrzeć. 







Nie wiem jak Wam, ale mnie te widoki bardzo się podobają i miło mi jest do nich powrócić. Jest zróżnicowanie, malowniczo i ciekawie. Któryś krajobraz spodobał Wam się szczególnie ?





                    

Na Zamku Rozafa wylądowałem już po zwiedzeniu miasta, które mogliście widzieć w oddali. Muszę przyznać, że zarówno Szkodra jak i to miejsce przypadło mi bardzo do gustu. Jednak o samym mieście w którymś z kolejnych wpisów. 

Lubicie tego typu miejsca jak zamki, twierdze ? Może macie ulubione ? Ktoś z Was był na Rozafie ? 

Inne bałkańskie wpisy możecie znaleźć tu: 










niedziela, 16 sierpnia 2015

Kotor - czyli piękne miejsce na Bałkanach


Jednym z prawie ostatnich miejsc, które odwiedziłem na Bałkanach był Kotor lub też nazywane obszarowo Boka Kotorska (Zatoka Kotorska). Nie spodziewałem się niczego szczególnego oprócz tego, że pewnie zobaczę kolejne bardzo ładne miejsce w tym regionie. Dopóki tam nie dotarłem tkwiłem w tym przeświadczeniu. Jednak, gdy już się tam znalazłem to wiedziałem, że Kotor pozostanie w mojej pamięci na długo, a także jak się okazało - jest to najładniejsze miejsce, które zobaczyłem w trakcie swojej podróży. 


Kotor to nieduże czarnogórskie miasteczko usytuowane nad Zatoką Kotorską, nad Morzem Adriatyckim. Otoczone z trzech stron dość wysokimi górami. Kotor określa się również jako miejsce na południu Europy, gdzie są fiordy (fiordy południa, fiordy Europu Południowej). To prawda, zatoka zdecydowanie posiada cechy obszaru fiordowego.


Kotor uznaje się za jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast na południu Europy. Warto dodać, że jest na tyle unikatowy, iż po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło rejon oraz same miasto w 1979 roku, Kotor został wpisany na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO.

Charakterystycznymi elementami są zabudowa, mury obronne oraz średniowieczny charakter miasta. Doskonale widoczne z góry są pomarańczowe dachy. Można je oglądać z fortyfikacji. Wstęp kosztował 3€* .



"Wspinaczka" nie należy do najłatwiejszych z uwagi na wysokość, stan chodnika po którym się idzie, a także pogodę. Jeżeli pogoda jest ładna to zdecydowanie polecam wchodzić w krótkich ubraniach (można mieć ze sobą ewentualnie bluzę), ponieważ mniej więcej w połowie drogi na górę robi się niemiłosiernie gorąco, a pot spływa strużkami i oczywiście należy mieć przy sobie wodę. Moim zdaniem osoby, które mają problemy z krążeniem lub po prostu z brakiem kondycji, nie powinny za wszelką cenę wchodzić na sam szczyt. Po drodze są takie mini tarasy, gdzie można się zatrzymać, ale też zrobić zdjęcie. Co widać widoki całkiem ładne i wcale nie z najwyższego punktu. 




Nieodłącznym elementem krajobrazu są statki, promy, łódki, łodzie, jachty, które stacjonują w obecnym tu porcie.


Ze zdjęcia na zdjęcie robi się coraz wyżej. Będąc na górze, kiedy spojrzy się na dół, aż trochę nie do uwierzenia jest to jak wysoko jesteśmy. Dość ciekawe doświadczenie, zwłaszcza kiedy kilkadziesiąt minut temu stało się jeszcze na dole, a w górę tylko spoglądało. Właśnie, może pora zejść nieco niżej.


Na starówkę można wejść przez jedną z 3 bram miejskich. Na powyższym zdjęciu główna Brama Morska (zachodnia). Pozostałe to Brama Rzeczna (północna) oraz Gurdic (południowa). Po przekroczeniu głównej bramy oczom ukazuje się niezbyt wysoki miejski zegar oraz plac przy którym można znaleźć między innymi pocztę, sklepiki oraz lokale gastronomiczne.






Pełno tu krętych, wąskich uliczek, dzięki którym można szybko przemykać.






Na naszej drodze nie mogło zabraknąć kotów. Jak wiadomo na Bałkanach jest ich sporo, a więc w Kotorze również. 



Pogoda tego dnia była trochę kapryśna. Rano było pochmurno i raczej chłodno, potem zrobiło się ciepło, a za moment zachmurzyło się ponownie i spadło trochę deszczu, który przeczekaliśmy w jednym z lokali, pijąc rozgrzewającą kawę. Następnie, po przespacerowaniu się stary miastem, opuściliśmy je i skierowaliśmy się ku portowi, żeby zobaczyć i tę część Kotoru.


Oprócz niektórych jednostek, które robiły wrażenie, muszę napisać o wodzie, która wydawała się idealnie przezroczysta czy wręcz krystaliczna.


A to największy środek transportu spotkany w Kotorze. W ciągu dnia do portu zawija kilka takich wycieczkowców. Turyści schodzą z pokładu, zwiedzają miasto i po kilkunastu godzinach lub kilku dniach odpływają w dalszą podróż. 


Kotor niezwykle mi się spodobał. Będąc tam słyszałem wielokrotnie, że wygląda podobnie jak włoskie miasteczka. Może i tak. Uważam jednak, że to klimatyczne miejsce, które warto odwiedzić. Jeżeli więc będziecie w okolicy to zajrzyjcie, a raczej nie powinniście się rozczarować. Na końcu wpisu umieściłem mapę, którą można dostać w punkcie IT przy głównej bramie. Po kliknięciu w nią trochę widać więc może komuś się przyda. 

Spodobał się Wam Kotor ? Byliście, a może planujecie odwiedzić ? 


O Bałkanach możecie przeczytać także w poniższych wpisach:









Mapa Kotoru


* cena podana na kwiecień/maj 2015

niedziela, 9 sierpnia 2015

Newborn Kosowo. Newborn Prisztina.


Poprzedni wpis obfitował w widoki, które można podziwiać jadąc do Kosowa przez Albanię. To góry, lasy i łąki towarzyszyły przez większość czasu. Jak dało się zauważyć sama droga, którą się poruszaliśmy była dobra, a nawet bardzo dobra. W tym wpisie trochę stolicy Kosowa - Prisztiny. 


Kosowo wita. Naczytawszy się informacji i porad w przewodnikach, na stronach internetowych o problematycznym stawianiu pieczątek do paszportów przez kosowskich pograniczników (w szczególności jeśli ktoś ma zamiar pojechać, wrócić do Serbii) stwierdziłem, że i ja wolę dostać pieczątkę na osobnej kartce tak ażeby nie znalazła się ona w moim paszporcie. Nic z tego. 
Nie było absolutnie mowy o jakiejś kartce ani też wjechaniu na dowodzie osobistym. Paszport musi być i już. No i był. Pieczątka wjazdowa kosowskich służb granicznych również. No trudno pomyślałem, przecież jeszcze nie wracam do Serbii to nie będę się martwić na zapas. 

Republika Kosowa to jedno z najmłodszych państw świata. Niepodległość została uchwalona w 2008 roku. Nie jest tajemnicą, że kilkadziesiąt krajów (w tym Serbia) nie uznaje tej decyzji ani też nie utrzymuje z Kosowem stosunków dyplomatycznych. Jednak istnieje sporo krajów, które uznały Kosowo za niepodległe państwo. Niejako w podziękowaniu tymże krajom, została stworzona w Prisztinie specjalna instalacja - pomnik Newborn. 

sobota, 1 sierpnia 2015

Bałkany - Autem do Kosowa


Będąc na Bałkanach miałem okazję zawitać do Kosowa. Był to całodniowy wyjazd do stolicy tego kraju - Prisztiny. Przejazd samochodem z Ulcinj zajął trochę ponad 4 godziny. Jeżeli chodzi o odwiedzone przeze mnie miejsca to pokażę je Wam w którymś z kolejnych wpisów. Ten wpis będzie podobny do tego z widokami na trasie kolejowej Belgrad-Bar, ponieważ będziecie mogli zobaczyć kilkanaście zdjęć z przejazdu do Kosowa. 


Właściwie przez większość drogi można nie odklejać się od szyby tylko podziwiać widoki i robić im zdjęcia. Podobnie jak w przypadku trasy kolejowej w dużej mierze są to góry porośnięte lasami, a także jakieś skały. 




Przez znaczną część Albanii, a potem Kosowa przejeżdża się niedawno zbudowaną za wprost gigantyczne pieniądze autostradą. To jeden z kolejnych popisów inżynierów i budowniczych, ponieważ droga ta przebiega przez naprawdę trudne tereny. Niektóre jej odcinki są wsparte na pokaźnych rozmiarów słupach, podporach. Sama droga jest dwupasmowa po dwa pasy ruchu w każdą stronę. Na trasie znajdują się też dwa równoległe tunele, każdy z nich o długości ponad 5 km.



Musze przyznać, że przez większą część drogi krajobrazy się nie zmieniają. Ulegają one zmianie dopiero w pobliżu Kosowa, gdzie robi się bardziej płasko. Jednak przez przeważająca ilość czasu towarzyszą widoki górskie. 



Miejscami istnieje możliwość zatrzymania się np. na stacji benzynowej (choć po drodze nie było ich za wiele), ale niektórzy uczestnicy ruchu nie mieli żadnych problemów z tym, aby zatrzymywać się na poboczu. My również robiliśmy przystanki to tu to tam. Warto dodać, że od pewnego momentu zrobiło się chłodniej, a powietrze stało się ostrzejsze. Wszystko przez pokonywaną wysokość. Doskonale z resztą to widać po szczytach, które były białe. 




Czasem odnosiłem wrażenie, że trochę tam alepjsko :)



Te widoki bardzo mi się podobały. Ciekawie też było je widzieć ponownie w drodze powrotnej, gdy zachodziło słońce. 


Mogłoby się wydawać, że to tylko jedna z kolejnych podróży samochodem. I tak i nie. Za każdym razem widzi się i poznaje coś nowego. O stolicy Kosowa wkrótce. 

Spodobały się Wam widoki ? Podróżujecie czasem samochodem ?


Inne bałkańskie wpisy




niedziela, 12 lipca 2015

Bałkanica trip: Chwila w Budvie


Budva to nieduży czarnogórski kurort, który w sezonie letnim zapełnia się do ostatniego miejsca, a może i lepiej. Raczej na próżno tam szukać nie wiadomo jakich zabytków czy atrakcji. Jeżeli jednak ktoś lubi imprezować, to Budva okaże się pewnie idealnym miejscem na rozrywki. Dyskotek, klubów, barów i hoteli pod dostatek. W drodze do Budvy, można zauważyć charakterystyczną wyspę.


To wyspa Sveti Stefan - św. Stefana. Mieści się na niej jeden z najbardziej ekskluzywnych hoteli tam na miejscu. 


Nie raz i  nie dwa słyszałem, że Budva to miejsce dla bogatych. Żeby się dobrze bawić, należy mieć pieniądze, bo w sezonie nie jest tanio. Wokół miejscowej starówki, widać powstające apartamentowce. Dużo ich. Nietrudno się domyślić, że w większości są one wykupowane przez majętnych Rosjan. Aczkolwiek, podobno jakiś czas temu bum na apartamenty przeżywał kryzys. Można się spotkać z relacjami, w których Budva to właściwie bezduszne miejsce, w którym nie ma nic ciekawego i podkreśla się, że można ją sobie odpuścić. Trochę w tym racji jest. Jak zwykle jednak w takich przypadkach napiszę to co zwykle: żeby się o tym przekonać, wyrobić sobie zdanie, trzeba to miejsce odwiedzić. 


Ta wieża ma chyba robić za miniaturę Eiffla. W Budvie spędziłem dość mało czasu. Za bardzo nie ma tam czego zwiedzać, jednak nie mogę napisać, że to miejsce jest brzydkie i nie jedźcie. 



Za centrum Budvy uważam te miejsca, które odwiedziłem. Mam tu na myśli promenadę, marinę, oraz starówkę, która kończy się plażą. W sezonie podobno nie można znaleźć na niej miejsca. Na przełomie kwietnia i maja nie byłoby jednak z tym problemu. 









Budva mnie nie urzekła. Miejscami całkiem ładnie, fajne zakamarki, uliczki. Ale jednak to nie to. O wiele lepiej na tle tego miejsca prezentuje się Ulcinj - choć przecież także kurort. Czy warto jechać do Budvy ? Tak. Warto ją odwiedzić, żeby wyrobić swoje własne zdanie. A nuż się spodoba i będzie to "wasze miejsce". 

Wracając z Budvy, zahaczyłem o Bar - stąd miałem autobus do Ulcinj. Zobaczyłem jeszcze mniej niż w prezentowanym miejscu, ale tylko dlatego, że była już dość późna pora. 


Co widać miejscami to jeszcze plac budowy. 


Dzień zakończył się pięknym zachodem słońca. 




Spodobała Wam się Budva, może ktoś był ? Pojechalibyście tam czy raczej nie ?  


Inne bałkańskie wpisy



niedziela, 5 lipca 2015

Bałkany - linia kolejowa Belgrad-Bar


Ten wpis mogę dedykować zarówno fanom kolei jak i wszystkim tym, którzy lubią podziwiać krajobrazy. To właśnie krajobrazom poświęcę najwięcej uwagi, a wszystko za sprawą podróży pociągiem na trasie Belgrad-Bar-Belgrad.


Jak informowałem w poprzednich wpisach, miałem dwukrotną okazję podróżować miejscowymi pociągami. Zarówno w pierwszym jak i drugim przypadku na tej samej trasie: Belgrad-Bar i z powrotem Bar-Belgrad. Przejazdy były realizowane przez czarnogórską kolej. 


Wygląd wagonów i ich wyposażenie, zbliżone jest do polskich. Mam tu na myśli w szczególności składy kategorii TLK. 


Do Baru podróżowałem porą nocną, a więc nie było mowy o jakimkolwiek podziwianiu widoków za oknem. Z powrotem jednak sytuacja uległa zmianie, ponieważ był to kurs dzienny. W obydwu przypadkach odległość bliską 500 km, pociąg pokonał w około 12 godzin... brzmi znajomo?! Niestety czas przejazdu nie powala. Jednak godne uwagi jest to, że z tego co zauważyłem, linia jest zelektryfikowana. A jest przecież położona na dość trudnym terenie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że momentami wręcz niedostępnym, ale dało się. W Polsce do dziś istnieje problem zelektryfikowania np. 100 km (Ełk-Korsze), a tam proszę bardzo. W każdym razie, jeżeli ktoś będzie miał zamiar kupić bilet, to polecam przejazd dzienny, nie nocny. W takim razie ruszamy.  


Kilkukrotnie słyszałem, że linia kolejowa Belgrad-Bar, należy do jednej z najpiękniejszych tras kolejowych w Europie, a może i na świecie. Prawdę mówiąc nie mam żadnego porównania, bo moje zagraniczne wojaże koleją jeśli były, to dotyczyły głównie krótkich przejazdów np. na lotnisko, choć zdarzyło mi się jechać z Mediolanu do Como. Jednak to nie to samo. 

Dziś już się nie dziwię temu stwierdzeniu, bo prawdopodobieństwo, że jest to jedna z "naj, naj" linii kolejowych jest niezwykle wysokie. Zobaczcie sami. 




Na trasie przejazdu znajduje się ponad 250 tuneli w tym jeden o długości ponad 6 km. Nie brakuje przełęczy, wiaduktów i po prostu widoków, które potrafią wzbudzić duże wrażenia. 






Zdecydowanie dominuje krajobraz górski, większość trasy przebiega właśnie przez góry. Właściwie wszystkie widoki mi się podobają. Jednak najbardziej zapadło mi w pamięć jezioro Szkoderskie
i jego okolice.




I jak się Wam podoba? Mnie bardzo. Ciekawe było to, że wokół jeziora nie było widać absolutnie żadnych zabudowań, ani też innych ludzi. Wydaje się więc jakby czas tam się zatrzymał, a rządziła tylko i wyłącznie natura. Spokój, spokój i jeszcze raz spokój. 
Oczywiście z upływem czasu i zbliżaniem się do Belgradu, widoki za oknem ulegały stopniowej zmianie. Zaczęło pojawiać się więcej zabudowań i zrobiło się nieco bardziej płasko. 



Nie ukrywam, że przez większość czasu można stać "przylepionym" do okna wraz z aparatem fotograficznym i robić zdjęcia. Czasem jednak częstotliwość przejeżdżania przez tunele zaczyna w tym przeszkadzać i irytować. Przypomnę, że jest ich ponad 250 ! 

Podsumowując, była to moja pierwsza tak długa podróż pociągiem i do tego jeszcze zagraniczna. Dodając do tego jeszcze to, że odbyła się po jednej z najpiękniejszych tras kolejowych, to już w ogóle wrażeń co niemiara. Ale warto było :)

Spodobała Wam się ta trasa kolejowa? Chcielibyście kiedyś nią wyruszyć, a może macie swoje, ładniejsze :) ?


Na sam koniec kilka praktycznych informacji:

- cena biletu jest różna w zależności od rodzaju pociągu, jeżdżą zwykłe wraz z możliwością przewozu auta (koszt usługi ok. 30-40 €) oraz pospieszne, średni koszt biletu to 10-15 €;

- czas przejazdu około 12 godzin, w moim przypadku wszystko było o czasie, podobno jednak zdarzają się duże opóźnienia potrafiące sięgać nawet kilku godzin;

- obowiązuje rezerwacja miejsc, w składzie pociągu znajdował się wagon barowy;

- zakaz palenia jest tylko teoretyczny, prawie wszyscy palą na korytarzach, konduktorzy nie robią z tego powodu problemów, bo sami palą;

- lepiej podróżować w ciągu dnia niż nocą, jest raczej spokojniej i widać cokolwiek za oknem.

Informacje podane w oparciu o przejazd w terminie  (kwiecień/maj 2015). 


Inne bałkańskie wpisy:



czwartek, 25 czerwca 2015

Bałkany. Co i za ile można zjeść ?


W tym wpisie ponownie Bałkany, a jakże. Dziś jednak w nieco innej wersji niż zwykle, bo kulinarnie. Uznałem, że warto pokazać, to co można było skosztować, podzielić się opinią na temat poszczególnych dań i oczywiście przedstawić ceny niektórych. Jeśli potraficie jeść oczami, to myślę, że po tym wpisie będziecie częściowo syci, a jeśli nie, to być może pobiegniecie do lodówki :) 

1. Sałatka szopska 

Na Bałkanach bardzo popularna. Prosta, zdrowa i smaczna. Te trzy słowa opisują ją chyba najlepiej. Kawałki ogórka, pomidora, cebula, oliwki, oliwa, przyprawy i przykrywający wierzch ser - zbliżony do typu Feta. Jeżeli nie macie "alergii" na warzywa, bądź na któryś z innych składników, to warto taką sałatkę spróbować. Porcja do małych nie należała. Koszt 2€ (Ulcinj, Czarnogóra).


2. Makarony

Z tego co zauważyłem niemałą popularnością cieszą się tam również różne rodzaje makaronów. Ten w sosie pomidorowym był  dobry. Zagryzając jeszcze w międzyczasie kawałkiem pieczywa z dodatkiem sałatki i popijając winem, człowiek był najedzony na kolejne kilka godzin. Cena makaronu 5€ (także Ulcinj).


3. Czewapicziczi 

To zdecydowanie jeden z moich numerów jeden. Małe, podłużne grillowane kotleciki z mieszanego, mielonego mięsa - wieprzowego, wołowego i czasem jeszcze baraniny. Do tego czerwona, słodka cebula, frytki i grillowane warzywa. Naprawdę smaczne. Zdarzyło nam się jeść w tym samym lokalu kilkukrotnie, dzięki temu z dnia na dzień porcje były zauważalnie większe. Obsługa była sympatyczna, dania były dobre, widać że im się po prostu chciało. I to jest bardzo fajne. Koszt4,50€ (Ulcinj). 


4. Pizza

Raczej mniej popularna niż makarony, ale obecna. Do wyboru kilka rodzajów m.in. 4 sery czy tradycyjna z sosem pomidorowym. Jednak bez szału, lepiej wybrać coś innego. Koszt 5-8€ (Ulcinj). 



Niektóre z podawanych dań są przyrządzane na oczach klientów. 


Warto było przychodzić do tego lokalu dla dobrej atmosfery, dobrego jedzenia, dobrych cen, a 
w końcu nawet dla widoków za oknem. 


5. Sery

Na Bałkanach także jest dość duży wybór serów. Jedne lepsze, inne gorsze. Koszt 250-300 leków (Szkoder/Shkoder, Albania).  

Mała uwaga. Należy dokładnie sprawdzać wysokość rachunków. Po zamówieniu obiadu dla kilku osób, wyszła całkiem niezła sumka. No pewnie, kto by do tego przywiązywał wagę. Jednak warto się upewnić. Niemalże na każdej pozycji było dodane 50,100, a czasem i 150 leków więcej. Cena pizzy w karcie 500 leków, na rachunku 600, sery 250 leków, na rachunku 300 ... i nie, nie jest to doliczenie serwisu... wątpliwego z resztą tylko już po prostu oszustwo na chama. Cały rachunek był za wysoki o ponad 700 leków. Oczywiście nie zapłaciliśmy tyle, a zgodnie z ceną dań  w karcie. Ten obiad był z resztą najgorszym ze wszystkich w trakcie tego wyjazdu. W zasadzie nic nie było smaczne. 


6. Małże

Obecne chyba wszędzie, gdzie jest dostęp do jakiegoś akwenu morskiego. Te w wersji grillowanej z delikatnym sosem, a właściwie polewą ziołowo-czosnkową. Koszt 5-10€, (Budva, Czarnogóra).


7. Pljeskavia 

To danie pokazywałem przy okazji wcześniejszych wpisów z Belgradu. Duża bułka z kawałkiem mięsa w postaci kotleta. Także w tym przypadku z różnego rodzaju mięsa, choć można sobie wybrać np. drobiowe. Do tego warzywa, sosy. Koszt 180-250 dinarów (Belgrad, Serbia).


8. Döner, a właściwie kawałki kurczaka

Pewnie nie wygląda zbytnio zachęcająco, ani też nie ma niczego w sobie niesamowitego. Po prostu było smaczne. Kawałki mięsa z kurczaka, w miejscowym kebabie w Kosowie. Koszt 3,00€(Kosowo, Prisztina)


Właściwie na już na koniec kilka zdjęć menu. Aby zobaczyć w powiększeniu, należy kliknąć na zdjęcie. 

                            


Jeden z droższych lokali w Ulcinj. 


Jak widać ceny są naprawdę różne. Ich wysokość zależy przede wszystkim od tego, które miejsce wybierzemy i jaki rodzaj dania zamówimy. Choć muszę przyznać, że moje wrażenie ogólne jest bardzo pozytywne. Ceny w większości lokali są naprawdę przyzwoite, porcje odpowiednie, a z reguły jest smacznie. I o to chyba chodzi. 

Czy Wam przypadło, któreś danie szczególnie ? Chcielibyście je spróbować, macie jakieś doświadczenia z bałkańską kuchnią ? 

Inne bałkańskie wpisy:

Belgrad cz. I  oraz cz. II

Ulcinj


niedziela, 7 czerwca 2015

Bałkanica trip: Widoki w Ulcinj


Dotarliśmy do Czarnogóry. To właśnie Ulcinj było ostatecznym celem podróży, do którego dostaliśmy się ze stolicy Serbii. To tu mieliśmy swoją bazę noclegową i to stąd wyruszaliśmy do innych miejsc. W tym wpisie dużo zwiedzania nie będzie, chcę Wam tylko pokazać okolicę, w której przebywałem, głównie będą to widoki. 


Ulcinj, to w sumie nieduże miasto skupione głównie przy wybrzeżu choć nie tylko. Podobno jest to najchętniej odwiedzany kurort w Czarnogórze zaraz po Budvie. Jest całkiem przyjemnie, raczej bezpiecznie. 


Ostatnie dwa tygodnie kwietnia, to czas w którym wszyscy przygotowują się do rozpoczęcia sezonu letniego, który właściwie ma swój początek 1 maja. To się czuło. Ludzi nie było jeszcze za dużo, plaża była pustawa. Pomimo tego, że sezon nie był jeszcze w pełni, to pogoda absolutnie nie dawała nam tego odczuć. Było ciepło, słonecznie. Raz nawet załapaliśmy się na burzę. W przerwie od zwiedzania można było w pełni się zrelaksować i trochę poopalać. Nawet Adriatyk nie był zimny. 


Najpopularniejsze plaże w Ulcinj, to ta na której jesteśmy czyli Mała plaża oraz Wielka plaża. Obydwie piaszczyste. Tyle, że ta pierwsza jest rzeczywiście mała. Z kolei ta druga jest zdecydowanie większa. Przy okazji następnych wpisów i ją pewnie pokażę. 


Ulcinj okazało się być bardzo urokliwym miejscem, malowniczo położonym. Bardzo mi się tam podobało. Myślę, że mój powrót właśnie tam, jest prawdopodobny. Na powyższym zdjęciu widać miejscowe stare miasto. To właśnie dokładnie tam znajdował się nasz nocleg. Do plaży jak i centrum, to 3-5 min spacerem. 




Gdy robiło się gorąco, to w ruch szło czarnogórskie piwo Nikisicko, o smaku grejpfrutowym. Co ciekawe, w sklepie można było oczywiście kupić również inne np. produkcji serbskiej. Jednak, gdy wziąłeś do ręki Jelenia, to sprzedawczyni zaraz podchodziła i mówiła, że przecież ich, czarnogórskie lepsze. 


Oprócz nielicznych plażowiczów, można było spotkać również kilka miejscowych psów, pewnie bezpańskich. Wszystkie miłe, sympatyczne. Nawet ten, który otrzymał kryptonim "pies terrorysta". Otóż potrafił on brać rozbieg z połowy plaży i przebiegać po opalających się ludziach, rozłożonych rzeczach. W ogóle, ale to w ogóle go to nie przejmowało, tu ledwo uchwycony :)


Będąc na plaży, po prawej stronie widzimy wzgórze - stare miasto. Po lewej zaś klif, na który można spokojnie wejść i podziwiać panoramę. Zdjęcie otwierające ten wpis było wykonywane właśnie z niego. Klif jest również popularnym miejscem schadzek. 





Prawie na wszystkich zdjęciach, które pokazują zabudowania, widać także meczet, a na poniższym zdjęciu kawałek minaretu. Nie trudno nie zauważyć meczetów, ponieważ jest ich naprawdę wiele. Z tego, położonego przy plaży odbywały się normalnie wezwania na modlitwę. Jednak za dużo wiernych jakoś nie dało się zauważyć. 







Czy na pierwszy rzut oka Ulcinj spodobało się Wam? Może kiedyś ktoś z Was już tam był?


Bałkańskie wpisy:


niedziela, 31 maja 2015

Bałkanica trip: Czyli dzień dobry Bałkany - BELGRAD cz. II


Moi Drodzy, powracamy do Belgradu, a właściwie Beogradu czyli Białego Miasta. Przypomnę, że w pierwszej części zatrzymaliśmy się na chwili orzeźwienia ( i to dosłownie), miejscowym piwem Jeleń.  Miało to miejsce już po zobaczeniu części dzielnicy Zemun. Do pociągu relacji Belgrad-->Bar (Czarnogóra) było jeszcze kilka godzin. Nie traciliśmy więc zbytnio czasu, tylko wsiedliśmy w autobus, którym wróciliśmy, do tej części miasta, z której przyszliśmy. Wspomnę tylko, że nie było to takie proste. Dlaczego ?


Po pierwsze, z reguły na przystankach nie ma rozkładów jazdy. Czyli jak przyjedzie, to będzie, a jak nie przyjedzie, to go nie będzie. Proste ? No pewnie, że proste. Dobrze jeśli w ogóle są oznaczenia, które informuję o tym jakie linie kursują z danego przystanku.

Po drugie, ludzi poruszających się komunikacją miejską nie brakuje. Aby zmieścić się do autobusu, musieliśmy przepuścić chyba dwa, a może i trzy nam pasujące.

Po trzecie, niesprawiający już większych problemów - zakup biletów. Kupiliśmy je w kiosku, przy przystanku. Nie były to bilety papierowe, a karty wieloprzejazdowe, na które ładuje się określony bilet. I to właściwe tyle.

Kierunek Kalemegdan czyli twierdza Belgradu.



Twierdza, to jeden z najważniejszych obiektów, który trzeba odwiedzić.  Nie trudno tego miejsca nie zauważyć- charakterystyczne wieże, a także położenie twierdzy na wzgórzu. Jest ona dość dobrze widoczna.



To całkiem spory teren, na którym znajdują się antyczne pozostałości, muzeum wojska, park czy zoo. Z twierdzy rozpościerają się całkiem przyjemne widoki. Rzeka przed nami, to Sava. Dalsza, po prawej stronie krawędzi zdjęcia, to już Dunaj. A daleko, daleko II część miasta i dzielnice takie jak Ušće, Novi Beograd, a niemalże na wprost, lekko nad koronami drzew wysuwa się Zemun.


W okolicach twierdzy można spędzić naprawdę dużo czasu. To popularne miejsce wśród mieszkańców. Jeżeli będziecie kiedyś w pobliżu, to polecam pozwiedzać.
Naszą wędrówkę mieliśmy zakończyć przy Cerkwi świętego Sawy. Zanim jednak tam dotarliśmy, przeszliśmy przez deptak Knez Mihailova, o którym także wspominałem. Jest to dość elegancka ulica, gdzie znajdziemy wiele lokali gastronomicznych, usługowych czy sklepów. Mimo wszystko jednak wcale to miejsce aż tak mi się nie podobało. Godne uwagi było jednak kilka budynków.


Usytuowane przy niemałym placu, Muzeum Narodowe. Niestety, ale w remoncie. W związku z czym fasady nie było widać. 


Nie da się ukryć, że to jednak bardziej reprezentacyjna część miasta. Niektóre z budynków mogły przyprawić o zawrót głowy. W pozytywnym słowa tego znaczeniu. W kierunku Sawy, przechodziliśmy także obok Hotelu Moskwa z zielonym dachem.



Kierunek ? Właściwy :)


Ale tylko wędrówka i wędrówka. Przyszła w końcu pora na późny obiad. Pljeskavica. Co to ? To tradycyjne serbskie danie. Przygotowywane zarówno w domach (wersja zbliżona do kotletów) jak i na mieście (w wersji bardziej hamburgerowej). Podstawowy składnik, to mięso. Najczęściej baranina zmieszana jeszcze z jakimś innym rodzajem (ale można wybrać). Do wyboru także mnóstwo sosów, dodatków. Raczej nie ma obaw co do braku świeżości, ponieważ tego "idzie" tyle, że głowa mała. Poza tym jest to przygotowywane właściwie na twoich oczach. Miejsc, gdzie można zjeść takie danie jest mnóstwo. 


Skoro już mowa o jedzeniu, to jak dla mnie absolutnym fenomenem są tutejsze pekary (PEKARA) czyli nic innego jak piekarnie. Prawie wszystkie, które widziałem są czynne jak polskie monopolowe. Na okrągło, całą dobę. Różnica jednak znacząca, bo w pekarach sprzedaje się różnej maści pieczywo, a nie napoje wyskokowe. Kolejnym popularnym tu daniem jest burek. To jakby nadziewany mięsem placek, bułka. Nie, jednak bardziej placek. Jest to niezwykle tłuste i sycące. Chyba najbardziej tłuste, to jest te ciasto, a nie mięso. Pani, która mi sprzedawała burek nie żałowała porcji. Samo w sobie jest to naprawdę smaczne. Jednak mnie nie bardzo przypadło do gustu, bo nie cierpię niczego przesadnie tłustego. I po zjedzeniu połowy, po jakimś czasie nie najlepiej zacząłem się czuć. Ogólnie jednak polecam spróbować, bo warto wiedzieć co i jak smakuje. Podążajmy jednak dalej. 



Po drodze mija się miejsce, gdzie widać kopułę parlamentu. Choć wydaje się, że to blisko, to nie do końca tak jest. Mieliśmy tam zajrzeć w drodze powrotnej, ale jak to bywa plany uległy zmianie. 


Po kilkudziesięciu minutach pieszej wędrówki, dotarliśmy w końcu w okolice cerkwi. Uznaje się ją za jedną z największych budowli tego rodzaju na świecie. Wnętrze Cerkwi świętego Sawy jest nieukończone. Cały czas trwają tam prace budowlane.


Cerkiew robi fenomenalne wrażenie pod względem swojej wielkości. Człowiek czuje się naprawdę niski, gdy się przy niej stoi. 



Jak widać wnętrze jest bardzo surowe, wręcz betonowe.  


Wokół cerkwi jest spora ilość drzew, krzewów, a także miejsce na chwilowy odpoczynek - ławki, fontanna. Ogólnie rzecz biorąc jest całkiem przyjemnie. Kiedy jednak zakończy się budowa wnętrza, trudno powiedzieć. Z pewnością zajmie to lata. 

Zbliżaliśmy się już do późnego popołudnia. Był to już moment, w którym trzeba było kierować się ku miejscu noclegowego, aby stamtąd bezpośrednio dotrzeć na dworzec kolejowy. Wracaliśmy trochę szybciej, także bocznymi uliczkami. Nie zabrakło polskiego akcentu.


Wstąpiliśmy jeszcze na moment do miejscowego meczetu, jednak zdjęć wewnątrz nie można było robić. O meczetach może trochę więcej napiszę w kolejnych wpisach.


W drodze powrotnej natknęliśmy się na naprawdę wiele interesujących elementów. Choćby ten budynek. Niby stary, ale w tym słońcu i z tymi okiennicami coś w sobie miał.


Poniższa brama, to dla mnie trochę symbol wyjazdu. Może brzmi dziwnie, ale ja to w ten sposób odbieram i tak, a nie inaczej to mi się skojarzyło - człowiek w sumie przeszedł obok niej normalnie, bez zastanowienia, ale jednak zwróciła na siebie uwagę. Stara, zapuszczona, ale z drugiej strony piękna, trochę tajemnicza. Po jednej stronie średnio ciekawy Belgrad, a po drugiej niesamowite miejsca, które odwiedziłem (a widząc ją, jeszcze nie wiedziałem gdzie będę, co zobaczę).  W ten sposób zapamiętałem Bałkany. Miejscami zapuszczone, a w przeważającej większości jako miejsce piękne czy wręcz fascynujące, do którego już chcę wrócić. To brama do poznawania Bałkanów w następnych wpisach :)


Ostatnie miejsce, które tego dnia zobaczyliśmy, to oczywiście dworzec kolejowy - Glavna železnička stanica.


Tabor przypomina ten, który można spotkać w Polsce obecnie, ale też 10-15 lat temu. Choć skłamałbym, gdybym napisał, że nie ma nowych pociągów. Są, widziałem takie składy. Na zdjęciu pociąg raczej regionalny. My jechaliśmy dalekobieżnym. Wygląd wnętrza jak i wagonów identyczny wręcz do kategorii polskich pociągów TLK. Jednak tam w Serbii bardziej widać zniszczenie wyposażenia i jest bardziej brudno. Warto wspomnieć, że do składu pociągu były doczepione wagony do przewozu samochodów. Z tego co zauważyłem, to niemało aut było w ten sposób przewożonych. Taki rodzaj przewozu kosztuje 30-40 EUR w jedną stronę.


12-godzinna podróż do Baru rozpoczęła się krótko po 20:40. Wyjeżdżając z Belgradu pociąg wlókł się niemiłosiernie. Jednak z biegiem czasu jechał coraz szybciej i coraz szybciej. Jazda była całonocna z mniejszymi czy to większymi przygodami - jak to w nocnym pociągu bywa. Trochę żałowałem, że nie zobaczę tego co jest za oknami pociągu w świetle dziennym. Nie wiem czy wiecie, ale właśnie ta linia kolejowa, uznawana jest za jedną z najpiękniejszych na świecie:

- ciekawe krajobrazy;

- widoki na Jezioro Szkoderskie;

- ponad 250 tuneli;

- najdłuższy tunel ponad 6 km;

- liczne wiadukty, w tym najwyższy na świecie.

Na szczęście mogłem to wszystko podziwiać w drodze powrotnej. 


Ten pierwszy dzień na Bałkanach, w stolicy Serbii był bardzo intensywny. Przyznam, że Belgrad nie skradł mojego serca. Na razie nie czuję potrzeby, żeby tam wrócić. Myślę jednak, że za 5, 10 lat może się tam dużo zmienić i wówczas z pewnością chętnie go ponownie odwiedzę. Wkrótce kolejne wpisy. 

Czy tym razem Belgrad Wam się spodobał ? A może teraz bardziej niż w I części ? Jestem ciekawy Waszych opinii :) 

Bałkańskie wpisy: 

niedziela, 24 maja 2015

Bałkanica trip: Czyli dzień dobry Bałkany - BELGRAD cz. I


Minął już miesiąc odkąd moja przygoda z Bałkanami rozpoczęła się na dobre. Nadszedł też czas, aby w końcu oprócz "wrzucanych" od czasu do czasu zdjęć na Facebooka czy Instagrama, pokazać coś więcej. W cyklu - Bałkanica trip, pokażę Wam co zobaczyłem, jak spędziłem czas i jak zapamiętałem ten region. Przypomnę, że wyjazd na Bałkany miał związek z pewnym projektem, o którym informowałem. Sądząc po ilości odwiedzonych miejsc, wpisów trochę będzie. A zatem czas rozpocząć, od początku. Choć nie wiem czy tytuł tego wpisu nie powinien brzmieć "Dobry wieczór...", ale mniejsza o to :)

Jest godzina 20:30, samolot serbskiej linii lotniczej AirSERBIA odrywa się od pasa startowego w Warszawie, aby po 1 godzinie i 25 minutach lotu znaleźć się nad oświetloną stolicą Serbii - Belgradem. A po kolejnych 10 minutach lotu wylądować na lotnisku im. Nikola Tesli. 



Co do samego lotu właściwie nie mogę mieć zastrzeżeń. Było sprawnie, punktualnie no i cena biletu odpowiednia. No może samolot był dość leciwy, ale trudno. Zdarza się i tak. Niedługo po osiągnięciu wysokości przelotowej, każdy otrzymał poczęstunek. To miłe.


Z lotniska wydostaliśmy się tym oto autobusem komunikacji miejskiej. Kierowca tak "dawał" w gaz, że aż dymiło na zewnątrz i co gorsza wewnątrz autobusu :)


W centrum miasta byliśmy właściwie w okolicy godziny 23. Złożyło się na to oczekiwanie na bagaż, wymiana waluty i ogólne ogarnięcie co, gdzie i jak. Plan był prosty. Dotrzeć do miejsca noclegowego, pójść jeszcze do centrum, żeby zobaczyć jak wygląda nocą.


To co rzuciło nam się w oczy, to mała ilość osób szwędających się po ulicach. Samochodów i owszem trochę było. Ale ludzi było naprawdę mało. Po północy właściwie też się już nic nie działo na deptaku miejskim - Knez Mihailova ulica.  Może dlatego, że był to dzień roboczy. W każdym razie już na samym początku wizyty można było dostrzec wokół, pozostałości po bombardowaniach NATO, które miały miejsce przecież całkiem nie tak dawno.


To niejedyne miejsce i niejedyny budynek. Zdarzało się, że niektóre wyglądają jeszcze gorzej i są bardziej podziurawione. Przyznam, że gdy stoi się przy takich budowlach, to trochę daje to do myślenia. Zwłaszcza świadomość tego, że naprawdę działo się to całkiem niedawno. Jeszcze bardziej się o tym myśli kiedy dziś widzi się zdawałoby się normalnie żyjących ludzi i normalnie funkcjonującą stolicę i to całkiem dobrze ! Uważam, że stosunkowo szybko Serbowie sobie z tym poradzili. Jednak zdecydowanie należy rozgraniczyć namacalne poradzenie sobie ze skutkami bombardowań, od tego jaką żywią urazę,  jak się czują, zachowują, a przede wszystkim co jest w ich głowach. 
Jestem świadomy, że z tym mogą sobie tak szybko już nie poradzić i może to zająć lata. To naturalne. Z obserwacji wynika, iż Serbowie są raczej stonowani,  niezbyt wylewni. Choć na ogół sympatyczni. Posiadają silne poczucie swojej tożsamości, są przywiązani do swojej historii mają również wysokie mniemanie o swoim kraju w stosunku do całego regionu bałkańskiego. Jednak zaryzykuję stwierdzenie, że gdzieś w swojej dumie czują się też głęboko pokrzywdzeni. Może już wystarczy tych obserwacji.


Kolejnym punktem planu było przede wszystkim dobre wykorzystanie dnia następnego, który spędzaliśmy w Belgradzie. Tak też się stało. Poranek przyszedł dość szybko, zrobiło się ciepło, a więc nie było co tracić czasu. Mostem Brankov w poprzek rzeki Sava, zmierzaliśmy w kierunku dzielnicy Zemun przez między innymi Ušće, Novi Beograd. 



Właściwie nie miałem żadnego wyobrażenia o Belgradzie. Można czytać, oglądać, ale i tak kiedy człowiek zobaczy dane miejsce na własne oczy, to sam wyrabia sobie zdanie. A przede wszystkim te miejsce odkrywa, poznaje.


Belgrad nie jest jakąś małą czy średnią mieściną. To potężny z ponad milionem mieszkańców organizm miejski. Są części, które podobają się bardziej, a inne mniej. To trochę miasto kontrastów. Z jednej strony szare, a z drugiej kolorowe. Naprawdę doskonale oddaje to powyższe zdjęcie.
Jednym z punktów, który zaznaczony jest na mapach jest Pałac Serbia - Palata Srbije. 


Brzmi godnie, a na mapie prezentuje się dumnie. W rzeczywistości jednak średnio, a nawet może i mniej niż średnio. To przeogromny moloch. Ma się w nim mieścić kilka ministerstw. Niezwykle trudno jest objąć aparatem ten budynek w całości, ale jakoś się udało. 


Ponieważ nie byliśmy pojedynczymi osobami, a bardziej zwartą grupą, to z pewnością zwracaliśmy na siebie uwagę. Nie umknęło to uwadze policji czy też ochronie tego miejsca. Wyszedł do nas pan, który zakazał fotografowania tego miejsca. No okej... . Teren nie jest ogrodzony, ani też nie zwróciłem uwagi na jakąkolwiek informację, która miałaby zakazywać robienia zdjęć, bo zwyczajnie jej chyba nie ma - na 90%. Jeżeli ktoś z Was będzie się w tamte strony wybierać, to pamiętajcie - NIE RÓBCIE ZDJĘĆ, po prostu NO PHOTO i już ;)


W drodze na Zemun mija się różne murale, malunki.



Jednym z ostatnich budynków, przy którym przechodziliśmy był ten z poniższego zdjęcia. Dość dziwny, charakterystyczny. Od razu rzucający się w oczy z ulicy. Chciałoby się rzec "co architekt miał na myśli".


Ponieważ trafiła się możliwość przejścia czymś na kształt bulwaru przy rzece (tym razem) Dunaj stwierdziliśmy, że jeśli może to tylko skrócić drogę, to oczywiście, że tak. Spacer stosunkowo żwawy na Zemun trwał chyba ponad godzinę. Gdy spojrzymy na mapę, to jest to odległa część Belgradu. Ale jaka ładna ! Tak, w tym momencie mogę napisać, że właściwie jesteśmy w dzielnicy Zemun. 


Jak to bywa, przed laty Zemun nie był żadną częścią stolicy. Było to osobne miasteczko. Obecnie to jedna z najstarszych części miasta. Może kogoś zaciekawi, że nazwa Zemun pochodzi od ziemianek, w których to żyli pierwsi mieszkańcy tego obszaru. 


Ta dzielnica ma także swoje centrum. To plac, a właściwie targ. Ładny, kolorowy trochę kameralny. Przyznam, że o wiele bardziej podoba mi się ta część Belgradu. 



W te okolice za chwilę jeszcze powrócimy. Zrobi się na tyle gorąco, że będzie trzeba chwilę odpocząć. Zanim to nastąpi, wybraliśmy się na górę, w kierunku wzgórza Gardoš. Uliczki co najmniej urokliwe.



Nieopodal Gardoš znajduje się jeszcze mała cerkiew św. Mikołaja. 




Ze wspominanego wzgórza rozpościera się piękny widok na panoramę miasta. Warto było tu przyjść. Choć gdzieś w połowie drogi większość miała już dość. Widoki jednak wynagrodziły ten trud. 




Kierując się z powrotem na plac, spotkaliśmy po drodze grzejącego się, mocno zrelaksowanego kota Garfielda w wersji belgradzkiej. 


Napisałem wcześniej, że na plac jeszcze wrócimy. Więc wracamy. Na jedno piwo. I to nie byle jakie, bo serbskie o nazwie zacnej - Jeleń. Przyznam, że całkiem dobre. Z resztą po tylu kilometrach (dosłownie), to i najgorszy "sikacz" nie byłby pewnie zły. Byle by czegoś się napić :) To również na placu kupiłem pierwsze w tym roku truskawki. Między innymi one posłużyły za prowiant do pociągu na 12 godzinną podróż z Belgradu do Baru (Czarnogóra). 


Pora była zdecydowanie popołudniowa. Do wieczornego pociągu było jeszcze dużo czasu. W związku z tym Zemun nie jest ostatnim miejscem, które Wam pokażę. Wpis zdecydowałem się podzielić jednak na dwie części, bo nie chcę Was zrazić długością tekstu. Dlatego też Belgradu, może krótszy, ale   ciąg dalszy nastąpi ... 


Byliście już w Belgradzie, a może kojarzyliście go zupełnie inaczej ? Czy na tę chwilę miasto Wam się spodobało czy raczej nie ?

wtorek, 21 kwietnia 2015

Estonia - oczekując na odlot


To już ostatnie miejsce w Tallinnie, które Wam pokażę. Krótko czy może wręcz zdawkowo i wybiórczo. Zanim jednak kilka zdjęć, to wspomnę co nieco o samym miejscu.

- Lotnisko oddalone jest od centrum miasta o ok. 6-7 km;

- Położone nad jeziorem Ülemiste więc (w zależności od kierunku) startu/lądowania mamy możliwość zobaczenia tego jeziora;

- Dojazd autobusem komunikacji miejskiej linii nr "2" z lotniska do centrum i odwrotnie zajmuje ok. 20 minut;

- Patronem lotniska w Tallinnie jest Lennart Meri -  I Prezydent Estonii po odzyskaniu niepodległości tego kraju w 1991 roku; 

To sylwetkę tej postaci można zobaczyć w hali odlotów, w strefie odpraw (check-in).


Lotnisko samo w sobie jest nieduże. Dalekie od zgiełku, nieprzeciętnych tłumów. Terminal jest dość charakterystyczny, ponieważ pokryty jest niebieskim dachem. O ile może z ziemi  nie jest to tak dobrze widoczne, o tyle znad ziemi już zdecydowanie tak. W strefie zastrzeżonej (po kontroli bezpieczeństwa) znajduje się trochę lokali usługowych w tym jakieś bary czy restauracje. W sumie nawet dość tego sporo biorąc pod uwagę, że terminal naprawdę do dużych nie należy. Jest czysto, cicho, zaryzykowałbym, że dość kameralnie. Część "odlotów" wyłożona jest jakby parkietem czy też panelami, co moim zdaniem dodaje pewnego uroku. W pewnym momencie naszej drogi przez lotnisko natkniemy się na taką galerię.


Chyba po raz pierwszy spotykam się z taką galerią przedstawiającą osobistości, które były na lotnisku, w państwie i jest to pokazywane. Od razu te zdjęcia skupiły moją uwagę i przyznam, że z chęcią chwilę przystanąłem i poprzyglądałem się. Na powyższym zdjęciu "Głowy państw". Na poniższym "Ludzie". Jakość zdjęć może nie jest zadawalająca, ale coś jednak widać.


Poniżej "Sportowcy". 


A to "Gwiazdy".


Lotnisko jest dość dobrze oznakowane, nie ma dużo bramek do samolotów więc "kilometrów" się nie narobi. Do odlotu było coraz bliżej. 


Wpuszczanie na pokład samolotu odbywało się punktualnie i przez rękaw. Cieszyło nas to, ponieważ od pewnego momentu zaczął padać intensywny deszcz.


Wylecieliśmy o czasie, z kolejnymi doświadczeniami i pamiątkami z podróży :) 


Odnośnie galerii zdjęciowej złośliwi mogą  powiedzieć, że jak nie ma czym się chwalić, to pokazują kto znany tutaj był. Jednak zdecydowanie tego w ten sposób bym nie odbierał i jestem od tego daleki. Tym wpisem kończę przygodę z Tallinnem.

O stolicy Estonii pisaliśmy także tu:





Jeżeli ktoś z Was będzie potrzebować jakichś szczegółów, to odsyłam do strony internetowej lotniska. Ewentualnie jeżeli pojawią się jakieś pytania, a ja będę znać na nie odpowiedź, to chętnie udzielę informacji.

środa, 15 kwietnia 2015

Weekend w Tallinnie cz. 2


Dziś zapraszam na II odsłonę weekendu w stolicy Estonii. W poprzedniej było kolorowo, chyba nawet Wam się podobało - wnioskując po liczbie komentarzy i tym, że wpis okazał się najchętniej czytanym w marcu. Oprócz I i II części - która ukazuje się właśnie teraz, mogliście również zwiedzić Tallinn porą wieczorową oraz okolice portu i dzielnicy przemysłowej - zdecydowanie mniej kolorowe.

Czas zaplanowaliśmy sobie w taki sposób, aby nie wyjeżdżać z Tallinna mając tylko w pamięci starówkę. Postanowiliśmy, że warto "wypuścić" się też trochę dalej. Poza tym skoro byliśmy już nad morzem, to i nad morze wypadało się przejść.
Z pewnością znaleźliśmy się w drugiej części miasta. Świadczą o tym chociażby krajobrazy, a co najważniejsze "kilometry", które pokonaliśmy :) Na poważnie, spacerowym krokiem z centrum dotarliśmy tu w około 30-40 minut. Zatem wcale nie mało. Obrazki mogą nieco przypominać okolice portu i słusznie, ale w rzeczywistości odeszliśmy od starej hali, portu naprawdę kawałek.



Pogoda jak widać była taka sobie. Dość szaro, wilgotno i chłodno. Ważne jednak, że nie lały się strugi deszczu. Pomimo tego nie brakowało spacerowiczów. Gdy całkiem sporo ludzi wyszło na spacer plażą, to i ptactwo na horyzoncie zaczęło się pojawiać. Raz, dwa.


Mewy, kaczki, łabędzie, a nawet i gołębie. Skąd to się wszystko zleciało, przypłynęło ?!


Proszę bardzo, a tu jeszcze jeden :)


Obok, a właściwie za nami ciągnie się wzdłuż brzegu coś na kształt deptaku/promenady. Przed wejściem na tę plażę  stoi taki oto pomnik.


"Rusałka" upamiętnia zdarzenie jakim było zatonięcie okrętu wojennego, a co za tym idzie także śmierć załogi - żołnierzy. Miało to miejsce w 1893 roku.





Po przejściu na drugą stronę ulicy, jeszcze gdzieś ta "Rusałka" widoczna jest w tle. Nawet znaki drogowe ostrzegają kierowców, o okolicznych ptakach.


Dalsze kroki skierowaliśmy ku letniej rezydencji Cara - Piotra I Wielkiego. Mowa o Pałacu Kadriorg.




Gabarytowo budowla niezbyt duża, ale ładna. Myślę, że tego właśnie odmówić jej nie wolno. Wewnątrz ogrzaliśmy się przynajmniej na chwilę sporą filiżanką herbaty i zjedliśmy po kawałku ciasta. Następnie ruszyliśmy w dalszą drogę. Przyznam, że nawet okolica nam się spodobała. Z dala od miejskiego zgiełku, zielono, tylko miejscami sporo ludzi. W okolicy mnóstwo ścieżek do spacerowania oraz interesujących budynków do podziwiania.


Całkiem niedaleko od kompleksu Kadriorg, bo tak go chyba mogę nazwać znajduje się ogród japoński. Z nazwy. Przyznam, że nie wiem skąd taka nazwa. Może na wyrost, a może nie. Oczywiście, że o tej porze roku nie będzie, to miejsce kwitnące i pachnące wiśnią. Ale nie mam pewności czy wiosną, latem już będzie.



W miarę szybko stąd się zwinęliśmy w stronę Pałacu Prezydenckiego.



Jak widać pałac do ogromnych nie należy. Jest mniej kolorowy niż poprzedni, który zobaczyliście. Na maszcie powiewała estońska flaga. Dziedziniec także nie jest rozległy. Wszystko co za pałacem, ogrodzone było średniej wysokości murem. Nieopodal Pałacu Prezydenckiego znajduje się Muzeum Sztuki - Kumu.


Całkiem interesująco wygląda ta budowla. Z jednej strony nowocześnie, ale także z pewnym gustem.




Może się wydawać, że tego dnia mało co zobaczyliśmy. Nie do końca jednak tak było. Poza tym należy pamiętać, że właściwie przez cały czas byliśmy na zewnątrz. Aura robiła swoje, a i czas płynął nieubłaganie. Trzeba było powoli wracać w kierunku centrum. Szliśmy prawie tak samo, bo koło Rusałki i plaży. Ale z górki, na której znajduje się muzeum schodziliśmy przez park. 


Estońskie krety już rozpoczęły prace :)


Docierając do plaży okazało się, że jest już niewiele spacerowiczów i ptaków. Rano wypływający prom, który można było zobaczyć na wcześniejszych zdjęciach, późnym popołudniem wracał razem z nami. 


I tak właściwie przygoda z Tallinnem zaczęła dobiegać końca. Następnego, ostatniego dnia rozejrzeliśmy się jeszcze po starówce i kilku sklepach, żeby zaopatrzyć się w jakieś miejscowe specjały, trochę po południu wsiedliśmy już do samolotu.

Ten wpis jest ostatnim, ukazującym się przed wylotem na Bałkany. Jednak w trakcie nieobecności, zupełnej ciszy na blogu nie będzie. Zaplanowane wpisy już są :)

Z niecierpliwością wyczekuję poniedziałku, kiedy to wsiądę na pokład samolotu lecącego do Belgradu. To właśnie Belgrad będzie swego rodzaju bramą, dzięki której wyruszymy dalej. Odwiedzimy różne miejsca w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Czarnogórze, Kosowie oraz Macedonii. W stolicy Serbii będziemy też kończyć swoją bałkańską przygodę. O samym pomyśle na ten wyjazd mogliście przeczytać tu.

Jeśli będzie możliwość, to na Fanpage'u będziemy Wam pokazywać gdzie aktualnie się znajdujemy.

Do przeczytania !


sobota, 21 marca 2015

Tallinn portowo i przemysłowo


W dzisiejszym wpisie kolejna porcja Tallinna. Miejsca, które zobaczycie z pewnością będą kontrastem w porównaniu do tych, które już widzieliście.


Część z Was może nawet będzie trochę zaskoczona pokazywanymi miejscami, a w szczególności jednym, w okolicach portu. Mowa o Linnahall Tallinn. To ogromna betonowa budowla.


Doskonale widać, że jest to opustoszałe miejsce. Chciałoby się powiedzieć, że wręcz zapuszczone. Idąc dalej za te latarnie, dojdzie się do .... chyba głównego wejścia. Ale co to jest ? Linnahall była halą sportową i koncertową. Została otwarta w 1980 roku. Dziś już chyba nie jest używana, co z resztą widać. Udało mi się znaleźć informacje, że ostatnie wydarzenia działy się w 2009 roku. Nie wiem czy to jednak pewne. Wszystko jest niemalże "pozabijane deskami" i okratowane.  Wchodząc po schodach, które widać na powyższym zdjęciu zobaczymy coś takiego. Jak widać coś tam się dzieje, jest jakaś łódź i samochody, a lądowisko dla helikopterów czasem bywa używane. Jednak chyba nie ma to związku z samą halą.



To zdecydowanie portowa i przemysłowa część miasta. Niedaleko port, a w nim zacumowane statki.




Dużo szarzyzny, prawda ? Zdecydowanie dużo. Widać po prostu na tym wszystkim ząb czasu. Nijak ma się to do tego, co pokazywaliśmy w poprzednich wpisach. Wygląda to wszystko inaczej, jakby nie to samo miejsce. Może to brzmi trochę naiwnie co piszę i ktoś powie, że przecież nie każda część miasta musi być taka sama, piękna i kolorowa. Oczywiście, że tak. Wyrażam jednak  małe zdziwienie co do tego jaki panuje kontrast. Poza tym chcę Wam pokazać, że odwiedzaliśmy naprawdę różne miejsca, a nie tylko te z jakichś "okładek". Pomimo szarości kolory też da się znaleźć.



Schodząc z hali, bo właściwie chodzi się po niej - widać w oddali II część Tallinna.


Odnoszę wrażenie, że jest tu dość dziko.


Budynek z białymi poprzeczkami, to biuro Tallink. To promy tej firmy są często widywane na morzu. 


Odchodzimy już od części portowej i zmierzamy bliżej centrum. Warto wspomnieć, że wszystkie miejsca, które tu dziś pokazujemy nie są bardzo oddalone od starówki, zwłaszcza jeżeli chodzi o centrum handlowe Viru. Wspominam o nim dlatego, że zaraz obok, w drugim budynku znajduje się spożywczy market Rimi, w którym zaopatrywaliśmy się w drobne artykuły spożywcze. Może komuś przyda się ta informacja.


W ogóle w tej części jest sporo sklepów. Jeżeli kogoś interesują zakupy, to nie będzie miał problemu z przemieszczaniem się, bo prawie wszystko jest w jednym miejscu. Przy Viru znajduje się również przystanek linii autobusowej, która łączy lotnisko z centrum. Pora na część przemysłową, a właściwie już poprzemysłową. To tu powstają nowe bloki mieszkalne, w okolicy Starego Miasta. 


Myślę, że się nie mylę co do tego, że miejsce jest trochę prestiżowe. Wszystko wygląda elegancko,  dość ciekawie. Starano się zachować coś industrialnego jednocześnie połączonego z nowoczesnością. Jednak cały czas dookoła trwa budowa. Więc tu wygląda wszystko pięknie i ładnie, ale za rogiem plac budowy. Inwestycja nosi nazwę Rotermann City.







To byłoby na tyle. Kolejne wpisy niedługo :) 

Co sądzicie o tej części miasta ? Czy osiedle Rotermann to miejsce, w którym moglibyście mieć mieszkanko :) ?

Dotychczas o Tallinnie:


piątek, 13 marca 2015

Tallinn w blasku księżyca



Pora na kolejną wycieczkę po Tallinnie. Jednak tym razem będzie ona zdecydowanie krótsza w porównaniu do poprzedniej. Stolicę Estonii zwiedzaliśmy także wieczorową porą. Okazało się, że i wtedy absolutnie nie traci ona swojego uroku. Większość miejsc powinna być przez Was kojarzona z poprzedniego wpisu


To chyba oczywiste, że na wieczornym szlaku musiał  znaleźć się miejscowy Ratusz. Wygląda w miarę ciekawie- zarówno w dzień jak i w nocy. Teraz będzie naprawdę kolorowo. Zanim dotrzemy w okolice Soboru św. Aleksandra, to mijamy Ratusz z prawej strony i idziemy cały czas prosto. Jak na powyższym zdjęciu. Po 150 może 200 metrach ukazuje się ten pomnik - Vabaduse Monumet. Już z dołu można dostrzec jakieś różnokolorowe postacie. Gdy wejdziemy na górę wszystko staje się jasne. 


Widzimy przed sobą terakotową armię. Czyli kawałek Chin w Estonii :) 




Instalacja z jednej strony może wydawać się ciekawa. Ale  z drugiej strony, można zadawać sobie pytania jaki to ma związek z Estonią, o co chodzi ? Nie zagłębiając się jednak w sens tej wystawy, zobaczyliśmy jeszcze Plac Vabaduse wraz z kościołem św. Jana - Jaani kirik z góry i poszliśmy dalej. 


To również dobrze znane budowle z poprzedniego wpisu.



Tuż obok terakotowej armii, widać górujący nad wszystkim wspomniany gdzieś wyżej Sobór. Za dnia prezentuje się naprawdę elegancko, godnie. Wieczorem podobnie. Ładnie oświetlony no i jak dla mnie osobiście, to bardzo podoba mi się ten księżyc.



Poniżej budynek Estońskiej Poczty -  Eesti Post. Domyślam się, że to poczta główna.


Kolejny budynek.


Kiedy odejdzie się trochę od tych budynków, a wejdzie w wąskie uliczki, to zaczyna być bardzo cicho, może trochę tajemniczo. Czasem słychać tylko jakieś stukające obcasy, rzadko napotyka się ludzi.


Jednak są takie miejsca gdzie drogi się przecinają. Na przykład jeżeli idzie się na taras widokowy - Patkuli, aby podziwiać panoramę miasta. Wtedy trochę ludzi już jest. Jednak i potem drogi się rozchodzą. A miasto wygląda tak.



I to byłoby na tyle z wieczornego Tallinna. Kolejny wpis niedługo. Czy tą porą dnia estońska stolica przypadła Wam do gustu ? 

poniedziałek, 9 marca 2015

Weekend w Tallinnie cz. I



Weekend w Tallinnie był już zaplanowany od dawna, jeszcze przed Brukselą. Jak to zwykle u mnie bywa, wystarczą tylko bilety w rozsądnej cenie, trochę czasu i już mogę zacząć planować wypad. Tak było również w tym przypadku. Po 1 godzinie i 30 minutach lotu wylądowaliśmy w stolicy Estonii. Dziś część I - z samego serca miasta. 


Nasz hotel znajdował się na Starym Mieście. Dlatego też mogliśmy swobodnie dysponować czasem, nie trzeba było nigdzie się spieszyć. Początkowo pojawił się pomysł, aby na jeden dzień pojechać też do innego miasta jak np. Tartu czy Narva. Niestety godziny kursowania autobusów, pociągów nie za bardzo nam pasowały. Zwiedzaliśmy więc Tallinn.



To jak najbardziej miejsce centralne, niezbyt duży Ratusz oraz Rynek. Pomimo pochmurnych dni (tylko od czasu do czasu wyglądało słońce), kolorów wcale nie brakowało. Rzekłbym, iż to kolorowe miasto. Można się o tym przekonać na każdym kroku. W centrum najbardziej, ale poza nim także. Chciałbym jeszcze dodać, że w Tallinnie czułem bardziej "klimat" skandynawski niż wschodni. Wiem, że nie jestem w tym odosobniony więc chyba coś w tym jest.




Ogólnie odbieram klimat miasta jako kameralny. Najwięcej ludzi pojawia się w weekendy. W dni robocze widoczna jest zdecydowana mniejsza ilość osób. Spodziewam się, że może być trochę inaczej w sezonie letnim, a nawet jestem chyba o tym przekonany. Jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mi również to, że jakby nie było - zwiedzaliśmy te miasto zimą, a nie w miesiącach cieplejszych. Jakoś przez te kolory było czuć w powietrzu ciepłą atmosferę. Przy jednym z "korytarzy" do wejścia na Stare Miasto stały kwiaciarki. Super było przechodzić koło tych stoisk. Pachnące róże i inne kwiaty no i oczywiście morze kolorów. 





Jak widać nie brakowało kupujących. I tak było właściwie od rana do wieczora, każdego dnia. Tędy też chodziliśmy do pobliskiego sklepu po drobne zakupy. Obok znajdują się dwa centra handlowe, dworzec autobusowy. Wszędzie jest dość blisko.

Tallinn to także miasto detali. Wszędzie wszystkiego pełno. W szczególności kotów - ale w postaci nieruchomej :) , mnóstwo figurek i tym podobnych rzeczy. Choć czasami zdarzają się pewne odstępstwa.





Większość jest w pewnym guście, ze smakiem. Na próżno tu szukać jakichś "wariacji".  Po Starym Mieście bardzo dobrze się spaceruje. Są szersze i węższe uliczki. W niektórych nie ma nic ciekawego, a i tak warto nimi się przejść, bo nie wiadomo gdzie się dojdzie. Fajnie się nimi błądziło choć zupełnie świadomie.





Idziesz, idziesz i wychodzisz nagle na otwarty plac przez który już przechodziłeś z kilka razy. Ale po raz pierwszy z innej strony. 


Poniżej Sobór św. Aleksandra Newskiego.  


Charakterystycznym elementem są pozostałości obronne - mury, baszty i tym podobne.  



Napotkaliśmy też Ambasadę RP, w dość eksponowanym miejscu,  obok Ratusza.


Dobrze, a teraz może spójrzmy na miasto z wysokości. Z jednego z tarasów widokowych.


Otwiera się zdecydowanie szersza perspektywa. Pomarańczowe, czerwone dachówki - mają w sobie to coś. 



Na Rynku mieści się najstarsza apteka w Europie. Szukaliśmy jej jak "szaleni", niepotrzebnie zeszliśmy z głównej uliczki :) 



Obok hotelu znajduje się kościół św. Olafa - st. Olav kirik, niestety ale kiedy  chcieliśmy do niego zajrzeć, to był zamknięty. 


Ale udało się wejść gdzie indziej.





Niekiedy chłód stawał się przenikliwy. Nie pozostawało nam nic innego jak zajrzeć do kawiarni. Do dziś pamiętam smak pysznej babeczki z truskawkami. W tym budynku mogliśmy właśnie zjeść ten deser.



Słodkości dodały energii, a herbata chwilowo ogrzała. Można więc było ruszyć dalej. Gdzie i w którą stronę pójdziemy dalej ? Jakie miejsca pokażemy ? To okaże się w kolejnych wpisach :)


Czy w ten sposób zapamiętana przeze mnie stolica Estonii przypadła Wam do gustu ? :) 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Jesienna Bruksela choć zimową porą



Na przestrzeni kilku ostatnich wpisów pokazywaliśmy Wam różne miejsca w stolicy Belgii. Byliśmy na jarmarku świątecznym, w Parlamencie Europejskim oraz w centrum miasta tuż po przylocie - głównie na Rynku i Placu Luksemburskim. Dziś pora na inne, równie interesujące miejsca w Brukseli, które odwiedziliśmy w trakcie naszego pobytu. Zaczynamy.


Czy przypomina Wam ta budowla atom? Jeśli tak, to skojarzenie jest zdecydowanie trafne. Jest to cząstka żelaza, powiększona ponad 150 miliardów razy ! Ten obiekt ma nawet swoją nazwę - Atomimum. Zostało wybudowane z okazji EXPO w 1958 roku. Tak więc trochę lat już ma, wysokość w sumie też imponująca - nieco ponad 100 metrów.


Do Atomimum można wejść za opłatą bodaj... 9 EUR ? Chyba tak. Wiąże się to z zakupem biletu w kasie, odstaniem w kolejce, a potem wejście/wjazd na górę. Poniższe zdjęcie pochodzi z tego samego dnia, zostało zrobione może 5-10 minut po poprzednich. Ten dzień w Brukseli zaczął się pochmurnie, ale z minuty na minutę, co widać - pogoda się stanowczo poprawiała.


Atomimum jest stosunkowo odległe, znajduje się w dzielnicy Laeken. Dostaliśmy się tam metrem. Jazda trochę zajęła. Nie ma większego problemu w zorientowaniu się gdzie trzeba wysiąść, ponieważ część linii i stacji metra jest na powierzchni ziemi. Tak więc zauważyliśmy, że to już. W pobliżu znajduje się także centrum wystawiennicze EXPO. Tego dnia odbywały się wystawy psów.


Nieopodal atomów, a właściwie tuż obok jest park. Stwierdziliśmy, że zamiast od razu wracać do miasta, to warto się przejść. Była to dobra decyzja, bo w parku było naprawdę przyjemnie.


Był przecież grudzień, a tam jesień w pełni. Ten dzień był  w miarę ciepły.




Sporo ludzi wybrało się na spacer. Inni biegali, ćwiczyli. Na zdjęciach może tego nie widać, ale życie w parku tętniło. Nad parkiem też - niedaleko jest lotnisko. W związku z tym co chwila było słychać i widać samoloty. Daje to trochę do myślenia, że Atomimum jest właściwie na początku miasta, a na pewno nie w centrum. Powoli wychodząc z parku, natknęliśmy się jeszcze na namioty cyrkowe. Od razu przypomniało mi się  dzieciństwo, ponieważ   lubiłem chodzić do cyrku ze swoim dziadkiem.


Jadąc do "dzielnicy EXPO", naszą uwagę zwróciła budowla zdecydowanie dużych rozmiarów, a może i wielkich. Wracając spod Atomimum, zajechaliśmy i tam.


Spora, prawda ? Jest to Narodowa Bazylika, która jest piątym pod względem wielkości kościołem na świecie. Zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz jest duża. Zanim jednak do niej się dotrze, trzeba pokonać w sumie nie mały kawałek od stacji metra.


Powyższe zdjęcie zostało wykonane od czoła Bazyliki.  Przyznam, że wnętrze nie zrobiło na mnie nie wiadomo jakiego wrażenia. Po prostu jest bardzo duże, rozległe. 



Istnieje możliwość podziwiania panoramy miasta z punktu widokowego, ale ten "punkt" sobie darowaliśmy. Podobnie jak przy atomach i tu znajdował się taki mały park.




Cóż, wydaje się, że dość sprytnie przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce, jednak tak naprawdę zbliżało się już do późnego popołudnia. Dlatego skierowaliśmy się już w kierunku Grand Place czyli Rynku. Pomimo tego, że bywaliśmy tam codziennie, to codziennie odkrywało się kolejne miejsca, uliczki. To widok na wieżę ratuszową, za nią Bazylika.




Zanim przejdziemy do kolejnego dnia, to wspomnę o tym co i gdzie jadaliśmy. Dwa, a może trzy śniadania i jeden obiad jedliśmy w sieciówce ze zdrową żywnością. W EXKi było naprawdę smacznie i w sumie niezbyt drogo. Kupując na wynos płaciło się mniej za każdy produkt. Jeżeli jednak decydowaliśmy się na pozostanie w lokalu, to do konkretnych produktów jest doliczane po 0,08-0,15 eurocentów.


EXKi można spotkać w samym centrum niedaleko Grand Place. Drugie, które odwiedzaliśmy jest przy Placu Luksemburskim a trzecie, które widzieliśmy znajduje się przy stacji metra Schuman.
Będąc w Belgii czy to Brukseli z pewnością warto spróbować miejscowych przysmaków. Są nimi na pewno gofry (zwykłe nawet po 1 EUR), frytki (ok. 3-4 EUR) a na deser pyszne truskawki w czekoladzie (te ze zdjęcia 6,50 EUR).




Bruksela to nie tylko jakieś stare monumentalne budowle czy te nowe - szklane. W wielu miejscach to kolorowa stolica.





Następne dni i właściwie jedne z ostatnich okazały się być pochmurne i chłodne. Pojechaliśmy do Parc du Cinquantenaire, położonego niedaleko wspomnianej stacji Schuman. To tam znajduje się łuk triumfalny.


Wokół znowu sporo  Unii Europejskiej.




Niedaleko jednak było już widać park i łuk.





Na bramie widać liczne rzeźby, niektóre z nich przykuwały szczególną uwagę.


Parc du Cinquantenaire nie jest duży, raczej symboliczny. Mimo tego nie brakowało tam ptaków. Zaintrygowały nas zielone papugi, które głośno skrzeczały, przybyły m.in. z Hiszpanii. Tak przynajmniej usłyszeliśmy od miejscowych. Być może pamiętacie, a jeśli nie, to przypomnę. Nasz lot powrotny został odwołany z powodu strajku, w związku z tym  pobyt musieliśmy przedłużyć o 1,5 dnia. W dniu strajku nie działała też komunikacja miejska. Dlatego zdecydowaliśmy, że miejsca oddalone od centrum, a warte zobaczenia trzeba potraktować priorytetowo. W dużej mierze tak się stało i to co chcieliśmy, to zobaczyliśmy. Z kolei w dniu strajku, czas spędzaliśmy w centrum. Oprócz oczywiście Grand Place, zobaczyliśmy Katedrę, Palais de Justice no i  jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji czyli Manneken Pisa. Skierujmy się jednak do Katedry.


Przypomina trochę paryską Notre Dame. W środku wygląda mniej więcej tak.





W drodze na Rynek oprócz Pałacu Królewskiego, który mijaliśmy codziennie idąc do centrum -


mija się także Palais de Justice czyli Pałac Sprawiedliwości. Palais de Justice jest  ogromny. Niestety od dłuższego czasu przechodzi gruntowny remont. Dlatego fasada nie wygląda tak ładnie z każdej strony. W związku z tym, że jest on usytuowany trochę na wzniesieniu, to "wspinaczka" trochę potrwała. 



Gdy już znaleźliśmy się przy budynku, to mogliśmy oglądać też panoramę miasta. 




W ten sposób mijało nam ostatnie kilkanaście godzin do wylotu. Prawie na koniec tego wpisu, zostawiłem   charakterystyczny punkt miasta. Mowa o Manneken Pis. Czyli sikającym chłopcu, wokół którego krąży legenda. Miał on uratować miasto od niebezpieczeństwa - gasząc płonący lont. W sposób który widać na zdjęciu. Jest to niewielka figurka. Posiada on kilkaset ubranek (tak, jest przebierany). Żałuję jednak, że nie był w nic ubrany, kiedy go widzieliśmy. W ogóle, szczerze mówiąc, to ta atrakcja jest... trochę śmieszna. Pozostawię to bez komentarza :) A to cały sprawca zamieszania. 


Pod koniec jednego z ostatnich wpisów, napomknąłem o bardzo miłym, raczej niespodziewanym spotkaniu - ostatniego dnia  w Brukseli. O co chodzi ? 

Wieczorem, w przeddzień wylotu  spotkaliśmy się z Niką z Francuskich i (innych) notatek. Miało być belgijskie piwo, stanęło jednak na wino. Ale nie zabrakło belgijskiego akcentu w postaci frytek :) Było naprawdę bardzo sympatycznie spotkać się z kimś z blogosfery - w realu, na żywo. Trochę pogadać, pośmiać się. "Blogowo" znaliśmy się od niedawna. Pamiętam, że to na blogu Niki znalazłem informację na temat jarmarku świątecznego w Brukseli i to od tamtego momentu - blogowo zaczęliśmy siebie kojarzyć. Tym bardziej było nam miło się spotkać. Za co serdecznie dziękujemy po raz kolejny, ale po raz pierwszy tu, na blogu :) Nie mogę nie wspomnieć również o tym, że Nika pomogła nam trochę zorganizować się w czasie strajku, bo informowała nas  co i jak. Dzięki temu o strajku, który miał być za kilka dni, dowiedzieliśmy się jeszcze w noc przed odlotem z Polski do BRU. Nika, dzięki !!! :)

To jeszcze po raz ostatni Grand Place w "szacie nocnej" :) Tak wiem, że może już macie dość tych zdjęć z Rynku. Ale wieczorami  było pięknie.


Z Brukseli mamy naprawdę dobre wspomnienia. Stolica Belgii jest ładna, interesująca. Choć oczywiście jak wszędzie ma pewnie też te gorsze zakamarki. Jednak Bruksela to zdecydowanie udany wypad. Na weekend i nie tylko - polecam :) 

O stolicy Belgii mogliście już przeczytać w następujących wpisach:





Bardzo nam miło, że tu zaglądasz.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Bruksela po przylocie



Lądując rano w dość mglistej i szarej Brukseli właściwie nie miałem o niej żadnego wyobrażenia. 


Oprócz jakiejś wiedzy, która była w moim posiadaniu. Brukselę kojarzyłem,  i nadal kojarzę przede wszystkim z tym, że prócz bycia stolicą kraju jest to również stolica Unii Europejskiej, zdecydowanie i bezsprzecznie. Jednak ten wypad pokazał zdecydowanie więcej.


Pierwszy dzień spędziliśmy bardzo na luzie. Szwędaliśmy się uliczkami w centrum, poznawaliśmy okolicę naszego hotelu. Ogólnie rzecz ujmując, daliśmy sobie jeden dzień na aklimatyzację. Także i w tym wpisie nie będziemy biegać po całym mieście tylko przejdziemy przez ścisłe centrum. Czas na inne ciekawe miejsca jeszcze przyjdzie. Mieszkaliśmy obok Parlamentu Europejskiego, o którym mogliście już przeczytać, usytuowany on jest przy Placu Luksemburskim. Ten Plac to jeden z ważnych punktów na mapie miasta.


Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy właśnie w kierunku Parlamentu i budynków unijnych. Weszliśmy wgłąb przez prześwit, który widoczny jest po prawej stronie zdjęcia. Nad przejściem wisiał jeszcze plakat z nominowanym polskim filmem "Ida" do nagrody LUX FILM, którą to ostatecznie wygrał, o czym też już pisaliśmy przy okazji wpisu o PE. Okolice PE to rozległe dziedzińce, budynki z dużą ilością szkła i metalu. 



Patrząc na mapę okazało się, że do ścisłego centrum nie jest daleko. Spacerem od Placu Luksemburskiego do Grand Place - czyli Rynku było około 15 minut drogi. Nie było więc potrzeby, aby koniecznie dojeżdżać komunikacją miejską. Skorzystaliśmy z niej tylko kilkukrotnie - w drodze na i z lotniska oraz do dalszych miejsc jak np. Atomimum. Poza tym przez 1,5 dnia korzystanie z niej było niemożliwe z uwagi na strajk, na który natrafiliśmy. Odczuliśmy jego skutki, ale o tym też przy okazji, bo przecież na razie spokojnie sobie spacerujemy :) W drodze do Grand Place mijaliśmy Pałac Królewski czyli Palais Royal de Bruxelles. Dość okazały budynek, ale nierobiący piorunującego wrażenia. To co nas zdziwiło to pionowo wisząca flaga, ale może nic w tym dziwnego tylko na tym budynku akurat tak musi być. 



Wieczorem, tego samego dnia flaga była już opuszczona do połowy, podobnie jak na innych budynkach. Dlaczego? Otóż zmarła Królowa Fabiola a dokładnie Fabiola de Mora y Aragon, która panowała 33 lata, do 1993 roku, z pochodzenia Hiszpanka. W sumie jej historia życia jest smutna, ale nie będę tu o tym pisał. Belgowie nie są przecież za bardzo zżyci ze swoim państwem, nie są też zbytnio patriotyczni. Mówi się, że to co jeszcze łączy Belgię i Belgów to właśnie korona. W lokalnych gazetach, telewizji, ale też na ulicach było widoczne poruszenie. W mediach przez 2 dni mówiono prawie non-stop tylko o śmierci byłej królowej. Pod bramami Palais Royal zaczęto składać kwiaty, znicze, flagi, maskotki. Na chwilę Belgów połączyło to wydarzenie, szkoda jednak, że takie. Co dziwne, albo i już nie..., niektórzy (rzadkość, ale jednak) robili sobie pełne wdzięku i uśmiechu,z bukietami kwiatów zdjęcia  selfie -czyli samemu sobie przed bramami pałacu. Dziwny to obyczaj "cykania" takiego rodzaju zdjęć w takich chwilach, no ale cóż. Nie chodzi mi o to, że każdy ma płakać, ale raczej o wyczucie chwili i może po prostu zwykłą przyzwoitość ?! Tak więc jak widzicie, w trakcie naszego kilkudniowego pobytu naprawdę się działo - śmierć byłej Królowej, całkowity strajk w mieście i jeszcze coś - ale o tym dosłownie w ostatnim zdaniu.


Idąc jednak dalej przed siebie, naprzeciwko Pałacu znajduje się park, nieco dalej należy skręcić lekko w lewo, potem w prawo i jest. Naszym oczom ukazuje się ratuszowa wieża. Czyli idziemy w dobrym kierunku. Jest już całkiem niedaleko. Trzeba jeszcze zejść po schodach, przejść przez ulicę i jak ja to nazwałem - po przejściu, jest się już na Starym Mieście. 




Choć jeszcze obok znajduje się dworzec centralny.



Od tego momentu wzdłuż uliczek ciągną się przeróżne sklepy. A to z czekoladą, alkoholami, ubraniami, lokale gastronomiczne. Różności. Jednym z miejsc, gdzie można było kupić czekoladę był ten pasaż. 




Witryny sklepowe jak i samo centrum było bardzo ładnie przystrojone. To za sprawą świąt, które przecież miały się odbyć niedługo. Przypomnę, że nasz pobyt w Belgii, wypadł na Mikołajki. Trafiliśmy na jarmark świąteczny i na przepięknie udekorowane miasto. O tym też mogliście już przeczytać tuż po naszym powrocie. Tak mi się przypomniało, że za nim jeszcze trafiliśmy na Grand Place, trochę zgłodnieliśmy. W sumie było już  po 14 a może i po 15. W każdym razie czuło się, że pierwszy dzień powoli zaczyna dobiegać końca. Na szybko przekąsiliśmy belgijski specjał. Nie, nie były to frytki. Frytki były następnego dnia. GOFRY. Też są wszędzie do kupienia. Jedliśmy je wielokrotnie. Można zamówić na 101 sposobów. A to z czekoladą i bitą śmietaną, a to z truskawkami a to z mango i nie wiadomo czym z jeszcze. Prawda jest jednak taka, że próbowaliśmy tylko, albo trzech rodzajów. Najlepsze jednak okazały się być te zwykłe, bez niczego. Naprawdę były wyśmienite. Ciepłe, kruche, lekko słodkie. Po prostu mniam. 


Kiedy już zaspokoiliśmy głód, zdecydowanym krokiem ruszyliśmy na Rynek. Jest on całkiem spory, bardzo ładny. To chyba jeden z rynków, który podoba mi się najbardziej. Przyznam, że pierwszego dnia nie zrobił na mnie wrażenia. Ot, zwykłe miejsce. Jednak potem, gdy się zacząłem dokładnie przyglądać to spodobał mi się. Jedna część była zasłonięta z powodu remontu. Na Rynku też miała miejsce dekoracja świąteczna. Świerk z Rygi, szopka.







I tak mijał nam cały dzień. Dość szybko zaczęło się ściemniać. Zapalały się iluminacje, było kolorowo.


Aż tu nagle równo o 17 jak coś zaczęło grać, oświetlenie na Grand Place wyłączyło się na chwilę, zaraz włączyło to zastanawialiśmy się o co chodzi. Otóż, w szczególne okresy jak np. wakacje, święta, codziennie wieczorem odbywa się kilka pokazów muzyczno-świetlnych na Rynku. Pięknie oświetlają się na różne kolory budynki, jest świetnie dobrana muzyka. Cały pokaz trwa ok. 15 minut i robi naprawdę niesamowite wrażenie. Coś pięknego. Stąd też w poprzednich wpisach mogliście oglądać Ratusz w różnych kolorach. Dziś tego też nie zabraknie.





Te spektakle były naprawdę dobre. Chciałbym kiedyś tam wrócić, choćby tylko po to, aby znowu tam być i poczuć tę atmosferę. Tak, w trakcie tych kilkunastu minut Grand Place się jakby zatrzymuje w czasie, wszyscy niemalże oszołomieni rozglądają się dookoła i podziwiają zmieniające się światła na budynkach przy muzyce. Wszystko jest doskonale dobrane i zgrane. Gdy widziałem ten pokaz po raz pierwszy, nie mogłem się napatrzeć. Byłem oczarowany. Przychodziliśmy również w kolejne dni, bo było na co patrzeć.

Dzień zakończyliśmy sącząc belgijskie piwo, kupione w jednym ze sklepów z piwem. Chyba jednak najlepszymi okazały się te produkowane wg. receptury mnichów o ile nie przez nich samych.


I tak minął nam pierwszy dzień w stolicy Belgii. Początek był średni, jakoś tak szaro, mokro i chłodno. Pod koniec dnia wiedziałem jednak, że Bruksela mi się spodoba. I tak też było. Dość mocno zmieniła się moja ocena tego miejsca w ciągu tylko jednego dnia. Bruksela okazała się być miejscem, w którym mógłbym pobyć nawet dłużej. A rzadko tak mam. Niektóre miejsca po jakimś czasie przytłaczają, albo jest je fajnie zobaczyć na chwilę. Bruksela jednak mnie nie rozczarowała i z chęcią tam wrócę. Kolejne miejsca, które warto w Brukseli zobaczyć już niedługo, nie zapomnę też wspomnieć o strajku oraz o bardzo miłym, raczej niespodziewanym spotkaniu, które odbyło się w trakcie pobytu.  

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Wizyta w Parlamencie Europejskim


Będąc w Brukseli, warto poznać ją jako nie tylko stolicę Królestwa Belgii, ale też Unii Europejskiej. Swe siedziby mają tu chyba najbardziej znane instytucje europejskie takie jak Parlament Europejski oraz Komisja Europejska i wiele innych instytucji państw członkowskich.

Pierwszym miejscem, które w przystępny sposób opowie nam o UE, jej historii jest budynek Parlamentarium. Znajduje się tu wystawa poświęcona procesowi tworzenia się struktur UE. Informacje do odwiedzających przekazywane są w sposób tradycyjny, teksty do czytania oraz fotografie. W Parlamentarium wykorzystano również  wiele nowinek technologicznych, nagrania multimedialne są dostępne w językach narodowych państw członkowskich. Oprócz ciekawostek na temat członków UE, które poznajemy za pomocą wielkiej multimedialnej mapy Europy w Parlamentarium, zobaczymy zdjęcia obecnych europosłów i wiele innych eksponatów np. medal pokojowej nagrody Nobla przyznany UE. Wstęp do tego miejsca jest bezpłatny. Tylko kilka zdjęć, ponieważ nie wszędzie można było je robić.



Obowiązkowym punktem było odwiedzenie siedziby PE tym bardziej, że mieliśmy go na rogu naszego hotelu i to dosłownie. Nie miałem żadnych wyobrażeń o tym miejscu, ale zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Kojarzy mi się z wielką korporacją. Budynki Parlamentu skupione są wokół otwartego placu, na który wchodzi się prosto ze wspomnianego - Placu Luksemburskiego.





Na dziedzińcu znajdziemy miejsce poświęcone polskiej Solidarności, wystawę na wolnym powietrzu dotyczącą Saharova i nagrody jego imienia oraz fragment muru berlińskiego. 


Przywitał nas również duży transparent dotyczący nagrody filmowej LUX przyznawanej przez PE. Przypominamy, że w tym roku zwyciężyła polska produkcja ,,Ida”. Reżyserowi, aktorom i całej ekipie serdecznie gratulujemy.

Zwiedzanie PE związane jest z kontrolą bezpieczeństwa, bramka jak na lotnisku. Kontrole z uwagi na to, że jest to budynek administracji UE jestem w stanie zrozumieć. Będąc w środku zdałem sobie sprawę jak dużym kompleksem jest PE- składa się z 4 budynków, połączonych wielkimi szklanymi łącznikami. PE poza plenarną salą obrad, którą chyba wszyscy widzieliśmy na zdjęciach czy też w telewizji, to szereg korytarzy i pomieszczeń przeznaczonych dla innych pracowników Parlamentu, którzy nie są europosłami. Mam tu na myśli tłumaczy, asystentów, pracowników administracji, technicznych, stażystów, itp. W celu rozróżnienia kto jest z jakiego zakresu działań,  w widocznym miejscu każdy pracownik PE nosi przepustkę/legitymację z imieniem i nazwiskiem w określonym kolorze.




To chyba jedno z głównych miejsc czyli sala plenarna.




Do tych skrytek trafia poczta skierowana do poszczególnych parlamentarzystów.


Parlament Europejski to również małe miasto, znajdują się tu oddziały banków, salony fryzjerskie, restauracje a w podziemiach nawet mały sklep spożywczy. Znajdziemy również jasne patio z drzewami. Wyższe piętra kompleksu parlamentarnego stanowią doskonały punkt widokowy na Brukselę, oczywiście jeżeli nie pada i nie ma mgły. Zwiedzanie obiektu zakończyliśmy kawą.



Z racji na to, że mieszkaliśmy tak blisko Parlamentu, doskonale można było zaobserwować, że Plac Luksemburski tętni życiem w tę część tygodnia, kiedy pracuje administracja. W weekend restauracje, bary otaczające Plac Luksemburski były puste a i w dużej części zamknięte.

Wkrótce zapraszamy na kolejne wpisy dotyczące stolicy Belgii. Dotychczas mogliście przeczytać ojarmarku oraz o świątecznej Brukseli.

Miło nam, że tu zaglądasz :) 


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Świąteczny Jarmark w Brukseli



Tydzień temu spędzałem jeszcze czas w Brukseli. Mogliście o tym  przeczytać we wcześniejszymwpisie - co mieliśmy zamiar robić, zwiedzać. Jednym z najważniejszych dla mnie punktów był świąteczny jarmark. Nie bez przyczyny starałem się, aby nasz wyjazd wypadł w trakcie mikołajek. Uważałem, że to będzie po prostu miłe spędzenie czasu zwłaszcza w tym dniu, ale też podczas całego jak się później okazało weekendowego wypadu. 




Brukselski jarmark nie odbywa się tylko w jednym miejscu, ale można powiedzieć, że w centrum. W związku z tym gdzie się nie obrócimy tam napotkamy jakieś budki, stragany. Jednak ta właściwa część jarmarku - główna, odbywa się na Placu św. Katarzyny. Jest również stacja metra o tej samej nazwie tuż przy jarmarku. Ale tak naprawdę idąc od Rynku myślę, że każdy tu trafi. Z pewnością będzie na to też wskazywać liczba osób - czy to dobra droga. Ludzi mnóstwo.






Na jarmarku oprócz dużej ilości osób, można było także zobaczyć przeróżne ciekawe stanowiska. Królowały gastronomiczne. Największą popularnością cieszyła się duża buła z białą kiełbasą i cebulą - na ciepło. Czyli hot-dog w wersji b. dużej :) Zauważyłem również, że popularne były małże, ostrygi. Generalnie owoce morza. Choć nie tylko. Ślimaki również.



Ze słodkości to czekolada, gofry, kasztany i orzechy. Przechodząc obok takich budek zawsze miało się ochotę, aby coś spróbować. Kilkukrotnie kupowaliśmy grzane wino. Było bardzo smaczne. Gofry i czekolada też. 









Można też było kupić kanadyjskie specjały.




Jarmark odwiedzaliśmy kilkukrotnie także wieczorem. Wtedy zapalały się już iluminacje a zapach grzanego wina był jeszcze mocniejszy. 










Poniższa karuzela była fajna, bo siedziskami były różne rzeczy. Np. rakieta, koń, balon, samolot. Dzieci miały wiele radochy.









Jarmark w Brukseli był moim pierwszym zagranicznym i takim... prawdziwym jarmarkiem. Nie mam porównania do np. niemieckojęzycznych, które przecież są słynne, ale muszę powiedzieć, że naprawdę nie zawiodłem się. To co zastałem w Brukseli spodobało mi się i z pełną odpowiedzialnością mogę polecić brukselski jarmark innym. Na początku sam miałem obiekcję, czy nie udać się do jakiegoś innego kraju na jarmark. Ale nie zawiodłem się. Ten belgijski był też fajny, ciekawy i z klimatem. Jedyna rzecz, której może brakowało to akurat w tej sytuacji śniegu. 

Mam nadzieje, że spodobał się Wam ten jarmark. Ktoś z Was był już na jakimś ? 

A tak wyglądał oświetlony i świąteczny Rynek w trakcie jednego z wieczorów. Wkrótce więcej o samej Brukseli.  





Dziękujemy za wspólny spacer :) 


środa, 10 grudnia 2014

Krajobraz Madery



Do pokazania Madery zabierałem się dość długo. Przygotowując się do napisania wpisu okazało się,że część zdjęć przepadła. Jak wiadomo zdjęcia w formie cyfrowej niekoniecznie są trwalsze od tradycyjnych. Wystarczy jeden nieuważny "krok, klik" i po zdjęciach. Prawdopodobnie i tak było w tym przypadku. Lub też w masie innych zdjęć gdzieś zaginęły, ale są. Kto to wie ? Być może po jakimś czasie jakoś się odnajdą. 

Portugalska wyspa Madera już od kilku lat cieszy się niemałą popularnością. Przede wszystkim dlatego, że nie ma tam skrajnych różnic temperatur. Ogólny klimat jest dość przyjemny. Mówi się przecież, że to Wyspa Wiecznej Wiosny lub Wyspa Kwiatów. I w jednym i w drugim stwierdzeniu jest dużo prawdy. Z tego co pamiętam to średnia temperatur wynosi plus 23, 24 stopnie. Do tego działanie lekkiego wiatru od Oceanu Atlantyckiego i jest idealnie. Ale czasami jak pewnie wszędzie zdarzają się upały. 

Wyspę cechuje różnorodna, ciekawa roślinność. Mnóstwo kolorów, zapachów. Doskonale pamiętam, że tuż po opuszczeniu samolotu było czuć zapach kwiatów. Naprawdę ! 








Skoro już mowa o samolocie to warto wspomnieć, że czas lotu z Warszawy do stolicy - Funchal wynosi ok. 6 godzin. Z ciekawostek (jak dla kogo) lotnisko Santa Cruz w Funchal należy do listy 10 najniebezpieczniejszych lotnisk na świecie. Głównie dzięki położeniu, niestandardowemu podejściu, nieco krótszej drogi startowej niż zwykle. Zbudowane jest na chyba 180 betonowych słupach. Niestety część zdjęć z lotniska właśnie przepadła więc pozostała pocztówka. 




Mój pobyt przypadł na Wielkanoc więc w miejscu, w którym mieszkałem, ustawiono taką wątpliwą jak dla mnie atrakcję. 






Madera jest wyspą pochodzenia wulkanicznego. W związku z tym jest górzysta. Na próżno tam raczej szukać piaszczystych plaż. Z reguły są szare, kamieniste. A piaszczystych jest chyba tylko kilka i są sztucznie utworzone. Po mimo tego widoki są piękne. Jeżeli komuś zależy na takiej plaży to może się udać na wyspę Porto Santo -nieopodal Madery. Są organizowane rejsy wycieczkowe, ale też można wykupić wycieczkę, bilet lotniczy. 






W związku ze zróżnicowaniem terenu stolica jest trochę rozrzucona. Atrakcją jest na przykład przejazd kolejką linową w górę wyspy. Dopiero wtedy dokładnie można zauważyć jak zielona jest Madera.






Bardzo charakterystycznym elementem większości domów jest brązowa, lekko pomarańczowa dachówka. 






Jeżeli będziecie mieli okazję udać się na wycieczkę objazdową po wyspie to szczerze zachęcam. Można dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy i oczywiście zobaczyć ciekawe miejsce. Na przykład udać się na klif Cabo Girao. Podobno jest to najwyższy klif w Europie. Widać z niego dużo oj dużo. I jak z wysoka :)






Można też spotkać polskie akcenty. 




Będąc na Maderze można spróbować miejscowego wina Madeira. To niezwykle słodkie, ciężkie czerwone wino. Cena za butelkę zależy w dużej mierze od liczby lat wina. Im starsze tym droższe. Dużą popularnością w miejscowej kuchni są oczywiście owoce morza. Pamiętam, że w tej restauracji było smacznie. Oprócz tego można było wypić naprawdę dobre wino.






Jeżeli ktoś wybiera się na tydzień to sądzę, że nie powinien się nudzić. Bo naprawdę jest co zobaczyć, spróbować, zasmakować. Madera moim zdaniem ma swój klimat (nie chodzi o pogodowy). I jednym przypadnie on do gustu a innym nie. 














Tak zapamiętałem Maderę. Jestem ciekaw czy Wam przypadła do gustu, ktoś był ? A może ktoś z Was rozważa czy się tam nie wybrać. W sumie niedługo sylwester a wiem, że to dość popularny kierunek na ten czas - oczywiście dla tych, którzy tak lubią spędzać ten okres - wyjazdowo.

Niedługo, na świeżo wpisy ze świątecznej Brukseli. Jest o czym pisać :) 

Cieszymy się, że tu jesteście. Dziękujemy. 

sobota, 6 grudnia 2014

Czas Brukseli



Dziś 6 grudnia, Mikołajki. Ten krótki wpis był wcześniej zaplanowany. Jesteśmy od wczoraj w Brukseli. To nasz kolejny wypad  i ostatni w tym roku. Czas tak szybko biegnie, przecież za 2 tygodnie już święta. Dlaczego akurat Bruksela ?  

Od dawna miałem dużą chęć, aby odwiedzić jakiś jarmark świąteczny. Niemal wszędzie słyszy się, że to w krajach niemieckojęzycznych są te najlepsze - Weihnachtsmarkt. Wymienia się na przykład takie miejscowości jak Drezno, Berlin, Zürich czy Wiedeń. Ale nie tylko te. Sporo słyszałem o Brukseli, Pradze, Kopenhadze, Amsterdamie czy Lisebergu a nawet Krakowie. 

Gdziekolwiek czytałem o jarmarkach to każdy podkreślał niezapomnianą atmosferę. Bardzo mi zależało na tym, aby też to poczuć i po prostu zobaczyć jak to jest na takim jarmarku. Wiązało się to również z pewnymi nadziejami. Że będzie świątecznie, klimatycznie i, że zwyczajnie mnie to nie zawiedzie. Ozdoby, figurki. Zapach  i smak grzanego wina, czekolady i te sprawy :)

Jak widać stanęło  na Brukselę. Choć nie była to jednoznaczna decyzja, ponieważ skłaniałem się ku jakiemuś innemu miejscu. Zdecydowanie zachęciła mnie Agnieszka z Całe Życie w Podróżyoraz Nika z Francuskich (i innych) Notatek do odwiedzenia tego miasta i samego jarmarku, którym za to dziękuję. Z tego co pamiętam to z Agnieszką wymieniłem się nawet pewnymi informacjami odnośnie miasta :) 

Muszę jednak przyznać, że dość często spotykałem się z opinią wśród znajomych, że stolica Belgii nie zachwyca, jest beznadziejna i nie ma tam po co jechać. 

W tej chwili pewnie już rozpoczynamy drugi dzień poznawania tego miasta. Ja tak cały czas o tym jarmarku i jarmarku. A przecież Bruksela to także mnóstwo innych ciekawych miejsc. Jeżeli się uda, mam zamiar odwiedzić dzielnicę europejską i Parlament Europejski - chyba niedaleko mam mieszkać. Zobaczyć atomimum, stanąć na Grand Place, sfotografować pałac królewski. I jeśli się uda to pewnie odwiedzić też inne miejsca. 

Chciałbym przywieźć jakieś ciekawe pamiątki, spróbować belgijskiej czekolady i trafić do sklepów gdzie można ją kupić. A najchętniej  chciałbym skosztować truskawek w czekoladzie :) Może spróbuję też frytek i gofrów. 

Przede wszystkim chcę poczuć klimat tego miejsca a także zależy mi na tym, aby ten Mikołajkowy weekend był udany. Mam nadzieję, że tak będzie.

Tego samego życzę również Wam. Udanego weekendu.

Miło nam, że tu zaglądasz :) 

sobota, 22 listopada 2014

Canterbury



W tym kraju, na blogu jeszcze nie byliśmy. Zabieramy Was do Wielkiej Brytanii. Na wstępie chcę napisać, że cały pobyt  jak i wyjazd jest dość sentymentalny. Powód jest prosty. Było to już parę ładnych lat temu. I po raz pierwszy sam podróżowałem samolotem a dokładnie wracałem z wielkiego Heathrow na małe Okęcie. Sami więc rozumiecie, że emocje sięgały zenitu, ja sam pośród tylu ludzi, wielki świat i te sprawy :)
Najważniejszym wątkiem tej całej "wyprawy" było oczywiście odwiedzenie równie wielkiego jak Heathrow - Londynu ! :) Dziś jednak nie o Londynie, ale o Canterbury - miejscu, w którym się zatrzymałem dzięki uprzejmości  mojej bardzo dobrej znajomej.


Przedstawię tu trochę zdjęć z różnych części tego miasta. Nie są one jednak jakieś rewelacyjne, bo jeszcze wtedy nie skupiałem się na tym jak dziś, tylko szło jak leci. Poza tym te parę lat temu w życiu nie przypuszczałbym, że podejmę się prowadzenia bloga. Ależ to się wszystko zmienia :) 

Oprócz tego, że w oczy rzuca się od razu ruch odwrotny do tego na kontynencie, to nie mogę nie wspomnieć, nie pokazać zabudowy. Takie typowe angielskie domki, domeczki. Niezbyt duże a jeśli już to bardziej wyciągnięte w górę niż wszerz. 


Jak się okazało Canterbury to nieduże miasto. Powiedziałbym wręcz, że miasteczko. Liczba mieszkańców to trochę ponad 40,000. A powierzchnia to 24 kilometry kwadratowe. Stąd do Londynu jest około 100 kilometrów. Pamiętam, że do stolicy wyruszaliśmy z tego dworca autobusowego. 


Po mimo tego, że miejsce to nieduże to i tak byliśmy nie raz na spacerze po miasteczku. Czy to do mini centrum, na zakupy do TESCO, do parku. Canterbury oferuje do zobaczenia ruiny zamku a także katedrę, która jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 








Do katedry niestety, ale w tamtym momencie wejść nie można było. Aby ją ujrzeć trzeba przejść przez tę bramę. Można powiedzieć, że budowla znajduje się w tym mini centrum, na starówce. Robi wrażenie i szkoda, że nie udało mi się do niej wejść. Warto dodać, że w Canterbury mieści się arcybiskupstwo kościoła anglikańskiego. Czasem można usłyszeć informację o nim i część z Was może tę miejscowość kojarzyć właśnie z tym. 






Spodobały mi się jeszcze uliczki, małe, wąskie ale nieklaustrofobiczne. Po prostu przyjemne. Trochę sklepów, pubów, lokali usługowych.










Na początku miałem zupełnie inne wyobrażenie. Uważałem, że będzie jednak  metropolitalnie. A tu zupełnie coś innego. Sami widzicie 100 km od Londynu i "inny świat". 


Mniej więcej w taki sposób zapamiętałem Canterbury. Nieduże, ale przyjemne miasto. Zaintrygowało mnie też to, że jest to liczący się ośrodek akademicki. Mili mieszkańcy, sporo zieleni, czysto. 
Z pewnością za jakiś czas pojawi się wpis o Londynie. Już dziś podejrzewam, że nie będzie on pojedynczym postem a będzie ich kilka. 


Miło nam, że tu zaglądasz. Dziękujemy :) 

czwartek, 30 października 2014

Adios Barcelona - miasto wielu atrakcji


Minął dokładnie miesiąc od pobytu w Hiszpanii. Ukazało się w tym czasie kilka postów o naszym wyjeździe. Przyszedł moment na kolejny barceloński wpis. Poprzednie zaczynały się tytułem "Hola Barcelona", dziś jednak ten wpis, będzie ostatnim. Dlatego już teraz zapraszam na "Adios Barcelona".
Nie zabraknie zdjęć atrakcji i miejsc, które są  i można czy nawet warto  odwiedzić, zobaczyć. 

Ważnym punktem na pewno jest Kolumna Kolumba - tego Kolumba, odkrywcy Ameryki. Postać wskazuje kierunek Ameryki. Jednak nic bardziej mylnego- to zły kierunek, z resztą pierwotnie On sam źle popłynął. Można na nią wjechać. Czytałem jednak, że winda/windy potrafią tam dość często się zacinać więc zrezygnowałem. Zwłaszcza, że z windami mam na pieńku.  


To z pewnością symbol miasta. W nocy wygląda również okazale a może nawet lepiej niż w dzień. 


Chyba jednym z najważniejszych punktów to oczywiście Sagrada Familia, której poświęciliśmyodrębny wpis. To budowla robiąca duże wrażenie i zdecydowanie polecamy udać się w jej okolice a najlepiej kupić bilet i zwiedzić. 




A skoro już mowa o dziele Gaudiego to należy wspomnieć o Parku Güell, któremu również poświęciliśmy odrębny wpis. To także Antonio Gaudi zaprojektował ten park. Sporo w nim turystów jak w całej Barcelonie. Jednak można tam trochę odpocząć, pobyć blisko zieleni i napawać się widokiem na całą Barcelonę. 




Z ciekawych miejsc warto napisać jeszcze o Katedrze św. Eulalii. Wygląd budynku, wnętrze robią ogromne wrażenie. Ale chyba największe zdecydowanie ogrody. Polecamy również udać się wgłąb dzielnicy gotyckiej, bo jest po prostu ładnie.







Właściwie nieopodal, dosłownie kawałek należy podejść znajduje się kolejna interesująca budowla, również kościół. Czytałem w wielu miejscach, że to numer 2 po Sagradzie. Mowa o Santa Maria del Mar. Tak się stało, że trafiliśmy akurat na uroczystość. Kościół nie był zamknięty z tego powodu. Wręcz odwrotnie. W tle przygrywała bardzo fajna, muzyka organowa. Napisałbym, że skoczna. Taka naprawdę była. I tu naszła mnie refleksja, że nie były to jakieś smuty jak to się zazwyczaj słyszy. 







W tej części dzielnicy jest też Muzeum Picassa, również ze sklepem z pamiątkami. Przyznam, że są fajne, raczej nie kiczowate. Sam kupiłem ołówek i magnesik. Polecamy jednak zakup biletów do obiektu, przez internet, aby uniknąć wielogodzinnego wręcz, oczekiwania w kolejce. To nie ma sensu. Lepiej spędzić ten czas w innych miejscach, zwiedzając uliczki lub odpoczywając.



Jeszcze w tej samej części znajduje się jeszcze El Born CC, centrum kulturalne. 




Miejscem, które żyje cały czas, bez względu na porę dnia i nocy to La Rambla. Centrum, deptak. To dwa, moim zdaniem najlepiej opisujące te miejsce słowa. Dużo tu turystów, ale i mieszkańców.



Podczas naszej wizyty natknęliśmy się na demonstracje dotyczące niepodległości Katalonii. A także na transparenty z prośbą skierowaną do turystów, aby respektowali to, że mieszkają tu ludzie i proszą o ciszę, spokój. 



Hiszpania słynie z piłki nożnej na dość dobrym poziomie. Jednym z  macierzy  futbolu jest Barcelona i znany chyba wszystkim klub- FC Barcelona. Chociaż ostatnio FC BCN ma jakąś niezbyt dobrą passę.
 Myślałem, że ich stadion jest bardziej nowoczesny. Tymczasem na miejscu okazało się, że budowla ma już trochę lat. Jednak i tam warto pojechać i zobaczyć to miejsce. Dodatkowo znajduje się tam główny sklep klubu, z pamiątkami. Można tam dostać oczopląsu, ale klimat sportowy jest. 





Barcelona jest kolorowa, pełno tu wszystkiego. Jest też bardzo artystyczna. Różne budowle, malunki, rzeźby, instalacje. To też dobre miejsce do plażowania, kąpieli w Morzu Śródziemnym. Miejsc do odwiedzenia i zobaczenia jest mnóstwo. Nie jest się w stanie zobaczyć wszystkiego w czasie jednego pobytu. Nawet jeżeli będzie trwać miesiąc. Barcelonę można odkrywać cały czas, a miejsca znane będzie się poznawać na nowo za każdym razem. Taka jest Barcelona, którą widzieliśmy i zapamiętaliśmy. Z chęcią do niej wrócimy. 








Trochę zdradzę najbliższe plany podróżnicze. Już za miesiąc, na Mikołajki- Bruksela. A w niej jarmark świąteczny, zapach czekolady, grzanego wina i te sprawy :)  Zaś za tydzień, weekendowy wypad do Łodzi.

Zapraszamy do zapoznania się z innymi wpisami o Barcelonie, o konkretnych miejscach i praktycznie. 




Życzymy Wam spokojnego weekendu. 

Bardzo nam miło, że nas odwiedzasz. Cieszymy się z tego powodu :)


poniedziałek, 13 października 2014

Hola Barcelona- Sagrada Familia

Nikogo chyba nie zdziwi,że pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy w Barcelonie był kościół La Sagrada Familia. Tak też nazywa się stacja metra, która położona jest tuż obok tej budowli.


Żadne filmy, czy też monografie nie oddają wspaniałości tej świątyni. To trzeba po prostu zobaczyć, na własne oczy. Pomagają jednak w zrozumieniu architektonicznego zamysłu jej twórcy- Antonio Gaudiego. 


W celu uniknięcia kilkugodzinnego stania w kolejce, by móc wejść do środka, bilety zakupiliśmy przez stronę internetową. Wejściówki są na określone godziny.
W naszym przypadku, zdecydowaliśmy się na zakup biletu: wejście do kościoła + wjazd na wieżę(17 EUR). Jednak bilety są różne. Można wykupić tylko sam wstęp. Jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej, jest też opcja zwiedzania z przewodnikiem itp. 

Wstęp do kościoła mieliśmy o godzinie 13.30. Niestety na wieżę dopiero, za 3h . Jak się później okazało, wjazd na wieżę był raczej rozczarowujący. Ten punkt można było sobie zdecydowanie darować.

Owszem, można zwiedzać Sagradę, ale wystarczy na to w zupełności 1,5-2 h. My jednak musieliśmy jeszcze oczekiwać na wstęp, na punkt widokowy. Nie można opuścić terenu kościoła, ponieważ na ponowne wejście potrzebny jest kolejny, nowy bilet. 



Sagrada z zewnątrz  przypomina wiele gotyckich katedr. Wnętrze zaś zapiera dech w piersi. Gaudi w swym projekcie czerpał z obserwacji natury. Kolumny w nawach są jak pnie drzew, sklepienia  jak ich korony. To misterna robota. O znaczeniu poszczególnych elementów dowiemy się w muzeum poświęconym budowie katedry, znajdującym się w podziemiu. Dodatkowo jest tam też wyświetlany interesujący film. Jednak, wejdźmy do środka Bazyliki.















Niesamowite wrażenie robią witraże, oświetlane przez wędrujące słońce. Nie brakuje ich w kościele i jak najbardziej są zaletą. Są bardzo ładne.








Postać na lewym zdjęciu to główny architekt  - Antonio Gaudi.
Widoki z jednej wież były np. takie.






Z zewnątrz też jest co podziwiać. Po raz kolejny napiszę, że jest to misterna robota. Nic więc dziwnego, że ta budowa trwa do dziś. Jednak dobra informacja jest taka, że większość prac jest już na ukończeniu. Jest bliżej niż dalej :) 






Do Sagrady wróciliśmy, również po zmroku. Zadziwiający był spokój i cisza dookoła, jakże odmienna jest od  dnia wypełnionego gwarem oczekujących ludzi, w długiej kolejce, zakręconej niczym muszla ślimaka.



Następny wpis Hola Barcelona już niedługo !

A tak to się zaczęło:

Kierunek B...


To miłe, że tu zaglądasz. Cieszymy się :)


czwartek, 9 października 2014

Kilka godzin w Wilnie



Wilno to fajna, kolorowa i zielona stolica Litwy. Bywałem tam nieraz. Raz dłużej, czasem krócej. W tym roku, znowu tam byłem. Jednak  nie na weekend, ale na kilka godzin. Lubię Wileńską Starówkę, za jej kolorowość. Podobnie jak w Toruniu - pełno tam wszystkiego. Tym, co rzuca się również mocno w oczy to przeróżne świątynie. Jest ich naprawdę wiele. Tak więc zapraszam do Wilna, w krótkiej relacji. 







Początek wypadu, niestety nie był optymistyczny. To za sprawą pogody, która w dużym skrócie nie była dobra. Na samym początku padało, przestawało i znowu padało. Było to niezwykle irytujące, bo jak tu robić zdjęcie i trzymać jednocześnie parasolkę, kiedy na głowę po prostu się leje ? Jakoś jednak poradziłem. Z biegiem dnia, pogoda jednak się polepszyła i to zdecydowanie. Będzie można to również zaobserwować na zdjęciach.

 Spacer zaczął się w okolicy Placu Katedralnego/Katedry. To zazwyczaj dobry punkt "na start". Stąd dojdzie się do ulicy, która będzie prowadzić przez Stare Miasto- aż do Ostrej Bramy.



Uważam , że warto wejść do środka tego budynku i zobaczyć jak to wygląda. Katedra jest pod wezwaniem św. Władysława oraz św. Stanisława a zbudowana ostatecznie w stylu klasycystycznym. 






Przed Katedrą, możemy jeszcze zauważyć wieżę i powiewającą na niej flagę. To wieża Giedymina, przy Muzeum Zamku.




Następne kroki, skierowałem już ku głównemu traktowi. Pod drodze mijało się liczne wystawy sklepowe. Jedne mniej lub bardziej ciekawe. Starówka w Wilnie, moim zdaniem należy do tych przyjemnych. Nie jest zbyt hałaśliwie, jest zadbana. Fajnie się spaceruje. Właśnie podczas takich spacerów spotyka się takie coś :)





Dojście do Ostrej Bramy - czyli dla wielu osób, głównego punktu wycieczki nie zajmuje długo, w sensie odległości. Jest to prosta droga. Jeżeli chodzi jednak o czas to może to trwać różnie. W zależności od tego, czy i jak zwiedzamy pozostałe rzeczy. Czy schodzimy w boczne uliczki ? Czy wstępujemy do kościołów, które mijamy po drodze ? To wszystko zależy od nas. W czasie tego wypadu nie zbaczałem zbyt często, ale kilka miejsc odwiedziłem. 

Kościół św. Kazimierza.







Niezbyt często odwiedzam kościoły, ale te w Wilnie są naprawdę bardzo ładne, a niektóre nawet piękne. Chyba najbardziej rozpowszechnionym jest Piotra i Pawła. Jednak nie znajduje się on na samym Starym Mieście. Być może pokażę go w jakimś odrębnym wpisie.

Kościół św. Teresy.




Mniej więcej w połowie drogi, zaczęło się powoli rozpogadzać a co najważniejsze, przestało padać. Poniżej Pałac Prezydencki, lecz nie w całej okazałości. Z Pałacem, wiążę się pewna anegdota. Jest to jeden z bardziej rozpoznawalnych budynków w mieście. Zwłaszcza, jeśli spojrzymy na Wilno z jakiejś wieży, dachu czy góry. Dlaczego ?  Dlatego, że ma on zielony dach i nie sposób go nie zauważyć pośród czerwonej, pomarańczowej dachówki. 



A to już miejscowy Ratusz, w budynku mieści się również punkt informacji turystycznej. 





Warto również wiedzieć, że przez jakiś czas Wilno było miastem Adama Mickiewicza.




W wielu miejscach, można też spotkać wyroby z bursztynu. Wiele osób zapomina lub nie do końca wie, że Litwa ma dostęp do morza. I to Bałtyckiego. A takimi bardziej znanymi miejscowościami nadmorskimi są Kłajpeda i Pałanga/Połąga. Niektóre, z wyrobów to prawdziwe dzieła sztuki, które kosztują. Ale jeśli najdzie ochota na kupno takiego czegoś to należy dokładnie sprawdzić czy płacimy na pewno za bursztyn. Dlatego, najlepiej jest chyba kupować w sklepach a nie na ulicy od pojedynczych handlarzy. 




Na ostatniej prostej, można było się poczuć trochę jak w Wielkiej Brytanii. Muszę przyznać, że ta budka telefoniczna cieszyła się dużą popularnością wśród innych turystów.




Kiedy to Ostra Brama powoli się wyłania na końcu traktu starówkowego to po prawej stronie miniemy jeszcze taki budynek a właściwie bramę. To brama, którą przejdziemy do Cerkwi św. Trójcy i Klasztoru Bazylianów.






I zwieńczeniem pobytu w Wilnie, tak jak wspominałem, dla Wielu osób jest dojście pod Ostrą Bramą. Stale panuje tam ruch, co chwila pojawiają się  liczne wycieczki.






Na koniec pobytu w stolicy Litwy, udałem się na obiad. Byłem w tym lokalu już drugi raz. Znajduje się on na początku Starówki. Akurat, można przejść Starówkę i wrócić. W ofercie są głównie tradycyjne dania takie jak babka ziemniaczana, kiszka, kibiny, cepeliny. Jadłem, te ostatnie. Do pica można zamówić przeróżne napoje w tym regionalny kwas chlebowy czy piwo. Porcje są duże i sycące. Jest smacznie, choć czasem aż za tłusto, ale taką mają kuchnię.



Kilka godzin oczywiście nie wystarczy,aby poznać Wilno. Ale można się z nim zaznajomić. Tyle czasu, akurat wystarczy. Przecież zawsze można wrócić.


Teraz praktycznie. 


Dojazd


Do Wilna, z Polski można dostać się samolotem, samochodem, autokarem.


LOT lata z Warszawy. Eurolines, Ecolines jeżdżą z Warszawy i innych miast. Podróż samochodem też jest możliwa i nie będzie należeć do trudnych. Drogi są dobre. Stolica jest dobrze oznakowana. Należy się kierować na Vilnius, następnie Centras.


Waluta 


To Lity. 1 LTL to 1,18 zł. Ale od 1 stycznia 2015 roku, Litwa wchodzi do strefy euro. Już dziś ceny podane są w dwóch walutach. Zauważa się, że na Litwie, przynajmniej w Wilnie jest trochę drożej niż w Polsce, ale nie bardzo drogo.


Co można, co warto przywieźć. 


Zazwyczaj koncentruje się na produktach spożywczych. Typowym litewskim produktem będzie ciemny chleb razowy Bociu, lub jaśniejszy Palanga. Z mięsa, można pokusić się o kupno np. kindziuka lub salami. Smaczne są też sery typu klinek z przyprawami. Regionalne piwo to np. Svyturys.


Sklepy, w których można zrobić takie zakupy w rozsądnych cenach: MAXIMA, NORFA.



Po mimo tego, że był to krótki wypad i nie mogłem pokazać Wam wielu rzeczy to i tak warto było pojechać. A Was zachęcam do odwiedzenia stolicy naszego sąsiada.





Dziękuję, że nas odwiedziłeś. Miło nam. Zapraszamy jeszcze raz :)



wtorek, 16 września 2014

Kierunek B...



Na początku września pisałem na Facebooku o książce, którą kupiłem. Informowałem również, że to pewna zapowiedź. Ale czego :) ? Cóż, oczywiście kolejnego wyjazdu, który jest tuż tuż, ale i nowego kącika tematycznego - "Podróżuj z książkami". Być może część z Was kojarzy o jaki tytuł chodzi. A jeśli nie to mowa o "Przystanku Barcelona".




Byłem miło zaskoczony, bo to nie jest zwykły przewodnik. Po prostu to książka o Barcelonie, o niej samej - miejscach, ludziach, zachowaniach, tradycji. Autorka przybliża te miasto przeprowadzając przez nie, wskazuje punkty warte zobaczenia, udziela garści przydatnych informacji, doradza, przestrzega. Jednak też bardzo słusznie zauważa, że w książce opisana jest "jej Barcelona". Jest to świetna podstawa do odkrywania tego miasta gdy już się będzie na miejscu.



Po jej lekturze utwierdziłem się w tym, że tydzień to zbyt mało, aby zobaczyć wszystko. Ale sama Autorka  (która tam mieszka) pocieszyła mnie w lekturze, że i Ona nie jest w stanie tak wszystkiego tam na miejscu ogarnąć i zawsze dostrzeże coś nowego. Tak więc osoby, które mają zamiar się wybrać do Barcelony po raz pierwszy, ale i kolejny i chciałyby się czegoś dowiedzieć to śmiało zachęcam do zapoznania się z "Przystankiem Barcelona".

Niezwykle się cieszę, że już za niecały tydzień powrócę do Hiszpanii po dość długiej przerwie. Dlatego, że to "moje miejsce". Nie ważne czy to Hiszpania wyspiarska czy kontynentalna. Ten kraj, atmosferę po prostu bardzo lubię a na wyjazd czekam jeszcze z większą niecierpliwością od stycznia.

To w styczniu udało mi się kupić podwójne bilety w Locie za 350 zł każdy i to w dwie strony. Czegóż chcieć więcej :) ? W swoich zbiorach odkopałem gdzieś nawet plan miasta, który dołączony był do gazety. To trochę wiekowy plan, bo jeszcze jest reklama tanich linii Centralwings - i to z początku działalności.
Przed wyjazdem na blogu pojawi się jeszcze kilka wpisów.





Miło będzie podziwiać z góry widok Alp a po ok. 3 godzinach wylądować na lotnisku El-Prat. Znowu. 

Miło nam, że tu jesteście. Dziękujemy.

środa, 2 kwietnia 2014

Gran Canaria jedno z "moich" miejsc



Dziś krótko i ogólnie o wyspie, na którą uwielbiam jeździć a także trochę o regionie, w którym jest położona. Gran Canaria, bo o nią chodzi jest jedną z 7 Wysp Kanaryjskich. 

Cały archipelag składa się jeszcze z takich wysp jak: El Hierro, La Palma, La Gomera, Teneryfa, Fuertaventura i Lanzarote. Całość zalicza się do Makronezji i jest usytuowana na Oceanie Atlantyckim. Stąd już całkiem niedaleko do wybrzeży Afryki a dokładnie do jej pn.-zach. rejonów. Wyspy Kanaryjskie są hiszpańskie. W związku z tym nie potrzebujemy jako obywatele UE paszportów. Wystarczą dowody osobiste. Przelot trwa około 5 godzin. 

Gran Canaria to 3 co do wielkości Wyspa Kanaryjska a liczba mieszkańców to trochę ponad 800,000 osób. Jej stolicą jest prawie cztery stutysięczne miasto o nazwie Las Palmas. Położone jest na północnym-wschodzie wyspy. To tam znajduje się międzynarodowe lotnisko, na które przylatują m.in. samoloty z Polski. W ciągu ostatnich ... 10 lat wyspy te stały się bardzo popularne wśród obieranych kierunków przez Polaków. Oprócz nich spotkać tam można wielu Niemców, Anglików, Skandynawów, Francuzów no i Hiszpanów. W dogadaniu się przy pomocy j. angielskiego kłopotów raczej nie ma. Jeżeli chodzi o ceny to bywa różnie. Jedne miejsca są droższe inne tańsze. Piwo kosztuje na przykład 3 euro a obiad możemy zjeść  za 12 euro. Jeżeli chodzi o wyjazdy organizowane przez biura podróży to ceny średnio zaczynają się od 2 tysięcy złotych.

Jest to wyspa pochodzenia wulkanicznego. Niezwykle zróżnicowania,ale i urodzajna. Albowiem w wyższych partiach można zaobserwować uprawy terasowe pomidorów, innych warzyw czy też bananów, cytrusów. Często zdarza się, że pomidory koktajlowe, które można kupić w Polsce pochodzą właśnie z Wysp Kanaryjskich. 

Morze, plaża, słońce, góry, roślinność, śnieg. To wszystko znajduje się właśnie tam. Na południu mamy do czynienia z iście wakacyjnymi klimatami morze,słońce krajobrazy wręcz pustynne. Na północy jest już chłodniej, pogoda mniej pewna no i przede wszystkim rozpoczyna się krajobraz górski i jest niezwykle zielono. Dlatego też nosi ona miano mikrokontynentu. Jest to w pełni uzasadnione. W zimy średnia temperatura to ok. 20 stopni latem to nawet 30 kilka. Oprócz pewnej pogody dużą atrakcją są wydmy Maspalomas. To ogromne ilości piasku cały czas nawiewane przez Ocean Atlantycki z terytorium Sahary Zachodniej czy Maroka z pustyni Sahara.. Pomagają w tym  wiatry o wdzięcznej nazwie passaty. Są one stałe, ciepłe i poziome. 

A wszystko wygląda mniej więcej tak: 

kawałek plaży, Oceanu i w oddali wydmy Maspalomas



góry, bardziej zielono, czasem pochmurno, im wyżej tym zimniej w porównaniu do południa










okolice miasta Taurito




















































Za jakiś czas kolejne notki, z których dowiecie się co można zwiedzić, zobaczyć.

piątek, 28 marca 2014

Mediolańskim szlakiem



Dziś zaprezentujemy Wam kilka miejsc, w których byliśmy podczas naszej wycieczki do Mediolanu.

Santa Maria Della Gracie mekka pasjonatów dzieł Leonarda  Da Vinci. Wstęp do samego kościoła jest oczywiście bezpłatny, by móc obejrzeć fresk „Ostatnia Wieczerza”, musimy kupić bilet, najlepiej zrobić to przez internet, gdyż liczba osób chcących zobaczyć chyba jeden z najbardziej znanych fresków da Vinciego jest ogromna. Świadczy o tym kolejka turystów do wejścia refektarza (tam znajduje się dzieło). Zakupu biletu można dokonaćtu.  My niestety nie zdołaliśmy go obejrzeć.















Po wizycie  w kościele warto zajść do przyklasztornego ogrodu. W samym centrum znajduje się fontanna otoczona zielenią, spotkać tam można również mnichów rozmawiających z turystami i mieszkańcami.








W poszukiwaniu ochłody skierowaliśmy swe kroki do Castello Sforzesco oraz do pobliskiego Parco Sempione. W drodze towarzyszyły nam barwne flagi państw. A to za sprawą tego, iż Mediolan w 2015 roku będzie organizatorem EXPO




w oddali brama zamku oraz flagi EXPO

Do promocji tego wydarzenia miasto używa też środków komunikacji miejskiej.



Zamek był jedną z największych i luksusowych rezydencji w dobie renesansu. Obecnie mieści się tam muzeum. Jest to też miejsce popularne wśród samych mieszkańców do spacerowania i spotkań. Z pewnością położony jest na bardzo dużym obszarze.

 I tu kolejna uwaga. Przed samym wejściem natkniemy się na "bazar". W ofercie "oryginalne" torebki, bransoletki, paski itp. samych znanych marek (projektantów) np. Armani, Prada, D&G i tym podobne. Ceny niezwykle okazyjne. 








brama widziana od strony parku


miejsce relaksu ;)
 W oddali wyłania się Łuk Pokoju. Jest to dość mało znana atrakcja. My również dowiedzieliśmy się o nim dopiero gdy go zobaczyliśmy. W przewodnikach raczej trudno coś znaleźć. Pomimo tego warte zobaczenia.  Z pewnością można go określić jako wyniosły i patetyczny. 








 Nasz pobyt zbiegł się w czasie z mediolańskim tygodniem mody. Centralne ulice obfitowały w czerwone dywany, stoiska z make-upem, telebimami wyświetlającymi pokazy, tłumami nastolatek oczekującymi na znane modelki, gwiazdy a także ludzi show-biznesu.





MAŁE PODSUMOWANIE:

Do stolicy mody przylecieliśmy samolotem tanich linii lotniczych Ryanair na lotnisko Mediolan Bergamo. Jest ono oddalone od miasta o ok. godzinę jazdy. AutokaryAutostradale do miasta odjeżdżają często. Jest to jeden z tańszych sposobów na dostanie się do centrum za 10 euro w dwie strony. Oprócz tego do dyspozycji pozostają porty lotnicze zdecydowanie bliżej samego Mediolanu. Mowa o Malpensie, na które lata Alitalia i LOT. A także dziś otrzymałem maila, iż Alitalia uruchamia połączenia z Warszawy na lotnisko Linate położone zaledwie 7 km od centrum. Czyli wybór jest duży. Do tego oczywiście połączenia kolejowe i autokarowe.


Po mieście poruszaliśmy się metrem (jedno z 4 miast we Włoszech, które je posiada).  Stacją docelową i orientacyjną do dalszych wypadów poza miasto był przystanek Duomo, co oznacza katedrę,  której poświęciliśmy odrębny wpis.




Poniżej bilety do Como. Jechaliśmy koleją TRENORD- odpowiednik polskich Przewozów Regionalnych, ale na zdecydowanie wyższym standardzie. O tym wypadzie pisaliśmyniedawno tu. A także bilet wejściowy na dach katedry oraz znaczki pocztowe do UE.



W poruszaniu się po mieście pomagają poniższe mapki stanowiskowe, które są ustawione w wielu miejscach.




Ogólnie rzecz biorąc poruszanie się po Mediolanie nie jest trudne. Żeby się zgubić trzeba naszym zdaniem bardzo się postarać.


A na koniec jeszcze trochę kolorów, fantazji.









  


















Jeżeli macie jakieś pytania, uwagi, sugestie to zapraszamy do kontaktu.


Współautorem tekstu i zdjęć jest Michał Kania.



O Włoszech pisaliśmy tu: 

Mediolańskie Duomo


Przerwa w Como Lago

wtorek, 11 marca 2014



Przerwa w Como Lago

Będąc w Mediolanie pojawił się pomysł, aby na jeden dzień wyjechać poza miasto. Najlepiej gdzieś nad morze. Jak się później okazało pomysł ten był trudny do realizacji, ponieważ bilet tam i z powrotem kosztował naprawdę masę pieniędzy. Ponad 70 euro za osobę. Zdecydowanie za dużo. Jednak się nie zniechęciłem na tyle, aby poszukiwania zakończyć. Po raz kolejny rozłożyłem mapę i zacząłem szukać miejscowości... ze zbiornikiem wodnym. Jest, mam coś. Wygląda na niezbyt odległą od Mediolanu, położona nad jeziorem. Jedziemy.

Oczywiście przed wyjazdem dowiedzieliśmy się dokładniej czy coś tam dojeżdża no i ile kosztuje ta przyjemność. Niewiele. Około 15 euro jak dobrze pójdzie. Pociągi kursują w stronę Como co godzinę, półtora. Był to idealny dzień żeby się oderwać na chwilę od Mediolanu, było ciepło i słonecznie.

Pociąg regionalny odjeżdżał do Como nie z Milano Centrale- dworca głównego tylko z mniejszej stacji, na którą dostać się można metrem. Jednak nie wiedząc o tym, najpierw udaliśmy się na dworzec główny. To przeogromny budynek. Posiada 23 perony ! No czegoś takiego to jeszcze nie widziałem. Ruch odbywa się non-stop. I tu uwaga. Należy wystrzegać się pomocy oferowanej przy automatach z biletami kolejowymi. Jak nie wiadomo o co chodzi to zawsze o pieniądze. Po wystukaniu na klawiaturze automatu przez Panią/Pana kilku literek i wybrania godziny jesteśmy proszeni o zapłatę ... iluś euro. Dlatego też najlepiej zaopatrywać się w bilety po prostu w kasach.

W końcu dotarliśmy na stację, z której odbywają się bezpośrednie przejazdy do Como. Podróż zajęła nam nieco ponad godzinę. Pociąg jechał dość szybko porównując do polskich warunków. W tamtą stronę w pociągu było przyjemnie, bo był nowy i zadbany. Z powrotem tak miło już nie było, cóż zdarza się. Przed południem byliśmy już na miejscu.







Como Lago - to nieduże miasteczko położone na północy kraju nad jeziorem Como właśnie, mieszka tu ok. 100 tysięcy osób. Stąd bardzo niedaleko do Szwajcarii, oj bardzo :)

Zwiedzanie głównie polega na podziwianiu moim zdaniem  przepięknych widoków, spacerowaniu wzdłuż linii brzegowej, wejścia do katedry i przejściu się po mieście. A na koniec przed wyjazdem można się udać do jakiegoś lokalu na obiad, lampkę wina. Jest w czym wybierać.

Obejść jeziora w ciągu kilku godzin się nie da, albowiem w pewnych momentach urywa się po prostu ląd więc dokąd iść ? Jednak można przejść całkiem sporo kilometrów i zatoczyć tak z pół okręgu :)




chętni mogą skorzystać z kolejki linowej, która wiedzie na szczyt góry, używana też przez mieszkańców




Nad samym jeziorem jest kilka atrakcji. Można skorzystać z łodzi wycieczkowych, jachtów w niedużym porcie




oraz z aeroplanu. Teraz żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na taką podróż. Ale widząc to w jaki sposób samolot podchodzi do lądowania na wodzie to naprawdę miałem mieszane uczucia. 




Cały czas można jednak oglądać budynki położone bezpośrednio nad jeziorem. W tym bardzo ładne budynki rządowe. W oddali widać miejscową katedrę oraz centrum miasteczka.





Oprócz atrakcji bezpośrednio położonych nad jeziorem warto udać się do centrum. A centrum to głównie Katedra i Plac Katedralny oraz kilka towarzyszących uliczek. 





Wstęp do Katedry jest darmowy. Warto odwiedzić. Można wrzucić lecz nie trzeba naprawdę DOBROWOLNĄ kwotę jako datek. 
Kolejnym i przedostatnim punktem może być  miejscowy park. Nie jest brzydko. Niestety jest on obfity w osoby spożywające alkohol.




Ostatnim punktem może być oczywiście jeden z licznych lokali gastronomicznych położonych nad jeziorem. Chyba warto coś zjeść  przed wyjazdem. Było smacznie i przystępnie. Jednak warto zwrócić najpierw uwagę na to co dany lokal oferuje i w jakiej cenie. Kilka lokali i już mamy pogląd. 

Tak też minął cały dzień w Como. Po obiadokolacji na dworzec (ok.17:15) i w Mediolanie byliśmy już po 18. Uważam, że warto było. Zawsze to coś nowego człowiek zobaczył i oderwał się od dużego miasta. To niezwykle klimatyczne miasteczko. Polecam.  Jeżeli mielibyście jakieś sugestie, pytania to zapraszam do komentowania, kontaktu.

Niektóre zdjęcia są autorstwa M.K.

A wkrótce kolejne wpisy już o samej stolicy mody. 

czwartek, 6 marca 2014



Mediolańskie Duomo

Tym razem przenosimy się do słynącego z fresków Leonarda Da Vinci, opery  oraz mody na najwyższym poziomie oraz cenie, czyli do słonecznego Mediolanu. Dziś o Duomo.

 Duomo czyli katedra to zdecydowanie charakterystyczny punkt miasta. Jednym słowem, którym można ją określić to oszałamiająca ze względu nie tyle na wysokość i wystrój, co piękno fasady ozdobionej setkami rzeźb i płaskorzeźb przedstawiających świętych oraz sceny biblijne.









 Do środka - wstęp bezpłatny, przejdziemy kontrolę bezpieczeństwa, sprawdzone zostanie czy nie wnosi się ostrych przedmiotów, najczęściej krótka rewizja plecaków i toreb. Wewnątrz można w całej pełni odczuć ogrom tej budowli. W szczególności byłem pod wrażeniem gry świateł, półcieni i kolorowych refleksów rzucanych na posadzkę i ściany przez ogromne okna wypełnione multikolorowymi witrażami, gdy wzrok przyzwyczai się już do wysokich kolumn i  przestrzeni, powinniśmy poszukać mniejszych, ale również majestatycznych i urzekających detali wystroju.











 Aby  podziwiać panoramę miasta i placu katedralnego warto kupić bilet uprawniający do wstępu na dach katedry. Do wyboru mamy 2 opcje, wejście tradycyjne schodami, kosztujące ok. 7 euro lub wjazd windą za ok. 14 euro. 








Mała przestroga. Okolice katedry upatrzyli sobie afrykańscy imigranci, którzy zaczepiają turystów i zakładają im na ręce kolorowe sznurki, często w sposób nachalny, i proszą o wsparcie finansowe.

Tuz obok katedry znajduje się salon mediolański, słynna galeria handlowa - Galleria Vittorio Emanuele II.






Jeden z najlepszych widoków na katedrę, plac i Pomnik Victoria Emanuela II, odnajdziemy na piętrze znanej wszystkim, amerykańskiej sieci gastronomicznej Mc Donald’s 



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Dziękujemy za odwiedziny i komentarz, zapraszamy do obserwowania. Jeżeli komentujesz jako "Anonimowy" podpisz się proszę, żebym wiedział jak mam do Ciebie się zwracać. Jednocześnie informujemy, że odwiedzamy komentujących. Nie ma potrzeby zostawiania adresu strony.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Printfriendly